poniedziałek, 17 lipca 2017

Justyna #3

- Jak obstawiacie mecz? - zapytał Robert syna i jego kolegę, Kubę.
- Kibicujemy Juwentusowi - odkrzyknęli niemal chórem.
Słońce, mimo że dziewiętnasta dawno minęła, buchało żarem.



Justyna poszła z Zuzią na piknik, jakich w Warszawie odbywa się mnóstwo. Stoiska przystrojone balonikami oferują nikomu niepotrzebne przedmioty, czyli ręcznie robioną biżuterię, stare książki, wyroby ceramiczne. Matki synów i córek, z powodu których akurat piknik się odbywa, pieką szarlotki, serniki, keksy, a potem sprzedaje się je po 3 albo 5 zł za kawałek. Ktoś nalewa obrzydliwą rozpuszczalną kawę z Biedronki za 2 zł za kubek. Bohaterowie, nasze pociechy i sens życia, tańczą zumbę, bo zumbą najmodniejszych polskim tańcem jest. Grają w piłkę lub śpiewają piosenki z repertuaru Ed Sharana.

Najbardziej zadowolony z pikniku wydaję się być Robert. Jezu, jak dobrze, mam chwilę spokoju, pomyślał. Nie gdera mi, że znowu gdzieś idę, że w domu nie mogę wysiedzieć, że ciągle pracuję. Ktoś musi. Justyna też pracuje. Nie jestem naiwny - jest ze mną tylko dlatego, że dobrze zarabiam. Bardzo lubię tę jej Zuzię. Zachwycam się jej śpiewem, choć nazwałbym te odgłosy piszczeniem, ale tak w głębi duszy jej los i życie mało mnie obchodzą. Nie. Nie jestem masochistą, który się męczy z zołzowatą babą. Nie mogę powiedzieć, że mi źle - Justyna jest przecież taka wygodna! Mam uprane, ugotowane, robię w sumie, co chcę, czyli w domu nic, a jak chcę, to sobie biorę, kiedy chcę. Justyna wtedy mówi: Ale ty samiec jesteś!
- Chłopaki, dobra, idziemy do Lidla. Kupujemy prowiant na mecz.
- Po ile mamy?
- Po 7 zł

Mały, czarny wózek na kółkach pęczniał od czipsów, paluszków, popcornu i coli, bo, okazało się, chłopcy mieli jakieś swoje pieniądze, więc po siedem złotych od Roberta starczyłoby na nic, jak to jego syn Kacper podsumował. W dupach im się przewraca, w myślach zachmurzył się Robert.
Jezu, nie chcę już o niej myśleć! Źle mi z Justyną... Powtórzmy jeszcze raz: nie dość, że mam śniadanko do pracy zrobione pod postacią sałatki warzywnej, chleba wiejskiego i kiełbasy krakowskiej suchej, to jeszcze Gripex podany w chwili śmierci, czyli gdy z nosa się leje. Okulista? Zapisałam cię. Dermatolog? Zapisałam cię. Ale może to mi właśnie przeszkadza? Nie mogę być samcem. Wojownikiem, Myśliwym. Nie muszę polować na zdobycz, więc gnuśnieję. Jej dobroć choć ogarnia wszystkie aspekty życia, to rozleniwia. Ciało Justyny? Na ładnych piersiach prężą się sutki, ale przecież nawet gdy je dotykam, dotykam z obowiązku przypominającego niedzielną wizytę w kościele. W obu przypadkach chcesz, żeby się jak najszybciej skończyło i z bolesną tęsknotą wyczekujesz słów "idźcie w pokoju Chrystusa", to znaczy "kończcie już". Kiedy nastąpi i czy nastąpi sytuacja z gatunku cudów, gdy Justyna wypowie zdanie, którego setki razy nie słyszał z ust innych ludzi, a brzmiały frazy te tak: "Bo zdrowie jest najważniejsze... Po dzieciach widać jak się starzejemy... Teraz najważniejsze, żeby ciocia odpoczywała... Bez pracy nie ma kołaczy... Ziarno do ziarnka, a zbierze się miarka" - palec do gardła i wymiotować.

Ania? Jezu - wezwał pana swego po raz drugi na ratunek. W jej obecności, jak to się dzieje, nawet spokojne przeżuwanie pizzy w Biesiadowie przestawało być rutyną, może dlatego, że nigdy nie mogło się nią stać. Niewykluczone, że właśnie tak. Ale przecież z Justyną już od p[początku dobrze naoliwione tryby nigdy dobrze naoliwione nie były, coś przeszkadzało, jak metka na podkoszulku lub rozwiązana sznurówka.

Wtedy w Biesiadowie, pamięta, jego świat osiągnął równowagę, rodzaj sprawiedliwości życia, że zmierza ono skądś i dokądś po coś. Po co? Nie wiadomo, Ale na pewno jest cel, choć nieznany, to go uspokaja. Jej obłędne skojarzenia rozgrzewały mu mózg, wyniosłą ordynarność, wytworne prostactwo i wyrafinowane kurewstwo, no i ten duży tyłek, i te sztywne, sprężyste piersi, domyślał się, że są takie właśnie, bo jeszcze karmienia nie znały. Jakby ją tak przelecieć na ścianie i mieć z nią córeczkę...
- Tata, a Ty jaki dajesz wynik?
- Wszystko mi jedno, kto wygra - odparł Robert w tym samym stylu, co wcześniej jego syn. - Co wygra? Morderczy atak Realu czy twierdza obronna Juwentusu? Zobaczymy.

Kiedy mężczyźni wychodzili z marketu, Justyna z córką stały już na przystanku. Zuzia szczebiotała jak wróble w kałuży po czerwcowej burzy. Matka słyszała jej ćwierkanie, ale nie słuchała, kiwała głową, potakiwała, no, widzisz, coś ty, ale, ale. Otwarte okienko meesangera ucichło, Michał się rozpłynął. Co robisz, napisała do Michała. Czemu ja w ogóle męczę się z tym Robertem. W domu nigdy go nie ma. Zapracowany taki jest. Wychodzi o siódmej. Wraca o dwudziestej pierwszej. Inni faceci w bloku jakoś mogą, ten nie. Inni chodzą z kobietami na spacery, z dziećmi w piłkę grają. ten pracuje.

W Multikinie sala kinowa wypełniła się dźwiękami chrupania paluszków, popcornu, chipsów i szeleszczących torebek. Unosił się zapach piwa. Pierwsze piętnaście minut należało do Juwentusu, a potem zrobiło się nudno, bo grał już tylko Real. Koronkowa, prześwitująca bluzka Anki, niebieskie spodnie i czerwone buty wydały się Robertowi prawie tak ciekawe jak dribling Benzemy wzdłuż linii końcowej.
Michał nie odpisał na sms-a Justyny. Wiedziała, czuła, widziała, że jest z inną, ale dzięki dwóm kieliszkom wina białego półsłodkiego za 11,99 z Freshmarketu zrozumiała, że pozostaje w udanym związku monogamicznym, a facet musi dużo pracować, żeby zarobić na dom.

- Jak było, kochanie - zapytała Roberta, gdy około północy wrócili do domu. - Widziałam, że Real wygrał.
- Tak. Kibicowaliśmy słabszym, a wygrali ci, co mieli.
- Dobrze, ze już jesteście - zabrzmiało to nawet entuzjastycznie w jej ustach, jakby nie zdawała sobie sprawy, że dopadło ją odrętwiające poczucie samotności, jakby pokój z biurkiem, telewizorem i szafą był jedynie muzealnym pomieszczeniem ze skrupulatnie wycieranymi z kurzu meblami. Zdjął ją strach o Zuzię, nie wiedziała czemu, nie chciała wiedzieć, że zastanawia się nad tym, czy jej córka ma przez następne kilkanaście lat dorastać w emocjonalnej zamrażarce z facetem, którego jej mama nie kocha. Ale co znaczy, że go nie kocham, zapytała sama siebie Justyna. Zasnęła, oglądając salon sukien ślubnych na TLC.

W niedzielę Basia, córka siostry Roberta, przyjmowała pierwszą komunię. Robert opierał się o zimną kolumnę w prawej nawie w kościele na placu Szembeka na Grochowie, Justyna próbowała uciszać rozmawiających Zuzię i Kacpra.
- Niech każdy z wiernych złoży w myślach do Boga swoją intencję - zakończył ksiądz modlitwę wiernych i intencje za Papieża Franciszka, biskupa Hosera i dzieci po raz pierwszy przyjmujących Chrystusa.
- Boże, wybacz mi, że usunęłam dziecko - Justyna poprawiła opadające na czoło włosy. Obciągnęła bluzkę, jakiś brunet obok gapił się na jej biust.
- Modlę się, by Karolina się odezwała, a świat mój odzyskał równowagę - pomyślał Rafał.
Spojrzał z politowaniem na Justynę, zadumał nad swoim marnym losem i obiecał sobie, że wypełni go nauką francuskiego. Zajrzał do telefonu, gdy klękali. Anka napisała, że tęskni.

Brak komentarzy:

Prześlij komentarz