poniedziałek, 1 maja 2017

Justyna #1

Justyna budzi się jak co rano, co nie jest wielkim osiągnięciem, choć może jest, bo przynajmniej raz w tygodniu mówi sobie, że nie chciałaby żyć. Przeciąga się, przeciera oczy. Klnie pod nosem na swoim życie, czuje się w nim małą myszką z zoologicznego kręcącą się na różowym kołowrotku. Biegnie, a donikąd dojść nie może. Mycie, śniadanie, wypchnięcie Zuzi z różowym plecakiem sięgającym tyłka do śmiesznej szkoły, choć „O psie, który jeździł koleją” to akurat wzruszające było.
Kawa z Robertem, facetem, co do którego uczucia ma zdecydowanie niejasne. Po męsku spełnia on swoje samcze obowiązki: zarabia, nawet przytula, czasem całuje, seks raz na tydzień, orgazm jeden miesięcznie, Justyna wtedy jęczy głośno, a pusto, ma ochotę się rozpłakać, udaje, ale koleżanki też tak mają, więc może jest wystarczająco dobrze.

Co z tego, że czuje się z nim, jakby siedziała po raz setny nad Wisłą, zawsze w tym samym miejscu, po praskiej stronie na wysokości starówki. Nikt nie tonie, nikt nie tańczy tango na plaży, nawet tramwaj wodny wydaje się szary mimo żółto-czerwonej flagi na maszcie. Michał? Naprawdę nie chce o nim myśleć. I czemu w ogóle siedzi jej w głowie? Przecież – powtórzy sobie – mam córkę Zuzię, psa, mnóstwo książek i stabilną pracę. No, tak, Robert nigdzie mnie nie zabiera, Michał wciąż opowiada o książkach, a ostatnio to nawet "Czarodziejską górę" czytał. Z Robertem ostatnio była w McDonald ’s na zestawie BigMac z kuponów za dychę, Michał regularnie chodzi na tak zwane wydarzenia kulturalne, Młynarskie, Osieckie i inni zmarli, a wciąż żywi.

Co powiem sobie za dziesięć lat? Czy wolałam pojechać Volvo na wycieczkę do Pragi czy pociągiem na łazikowanie po łąkach.
- Posłodzić ci – usłyszała z kuchni pytający głos Roberta.
- Coś muszę mieć z życia... trochę cukru.
- Co?
- Dwie łyżeczki.

Brak komentarzy:

Prześlij komentarz