poniedziałek, 3 kwietnia 2017

Połamane skrzydła

Życie jest wiecznie powtarzającym się pożegnaniem i jutro może być niepodobne do dzisiaj.

Włodek, ojciec Kasi rozstał się z nią, gdy chodziła do podstawówki. Zamiast zgłębiać tajniki fotosyntezy, marzyć o miłości jak Zbyszka do Danuśki, podziwiać dzielnych Polakach spod Grunwaldu, dziewczyna wojnę przeżyła w domu. Jej tata z napojów najbardziej preferował alkohol, w tym fioletowy sączony przez chleb baltonowski.
Zawodowo zajmował się rozbojami i włamaniami. Sami sobie winni frajerzy chodzili po ulicach z portfelami, a kioskarze słabo zabezpieczali swoje tekturowe budki z napisem Ruch. Zarobione pieniądze tata wydawał w monopolowych i na melinach. Tam kierując się pańskim gestem kupował wódkę Żytnią lub Bałtycką przygodnie poznanym paniom, a te płaciły mu za dobrą zabawę szeroko rozłożonymi nogami.

Wydawszy pensję, wracał do domu, kopał małżonkę Bożenę w brzuch, a jak zaczynała płakać, walił pięścią w twarz. Kasia niemo przyglądała się powrotom ojca. Pewnego majowego dnia, gdy na podwórku kwitły kasztany, w lasach odurzająco pachniały konwalie, mąż z fleka potraktował żonę w brzuch wiele razy, bo pochwaliła mu się radośnie ciążą. Od tamtej pory Bożena platonicznie kochała zaprzyjaźnionego weterynarza.
Kilka dni później kobieta poszła do ginekologa, po czym stan błogosławiony ją opuścił. Dziecko jest zwieńczeniem miłości, powiadają naiwni. Ale aborcja jeszcze bardziej.

Gdy Kasia miała siedemnaście lat, długie do pasa blond włosy z przedziałkiem na boku, tata tradycyjnie wrócił do domu po tygodniówce. Pomylił łóżka i jak mężczyzna przytulił się do córki. Nastolatka pobiegła do kuchni, chwyciła za nóż kuchenny Gerlach. Włodek się wystraszył, wytrzeźwiał i przeniósł się na swoje wyro. Lech Wałęsa był jeszcze prezydentem, kiedy Kasia straciła ojca i znienawidziła mężczyzn. Bo jak tu znienawidzić ojca? Przecież mama do dziś z nim mieszka i zapewnia, że w życiu by się nie rozwiodła.
Bożena dysonans poznawczy leczyła w psychiatryku. Kasia nic z tego nie rozumiała, ale przecież nerwice się zdarzają. Postanowiła nic nie czuć; nie mieć emocji, być robotem.

Nie trzeba zaraz być alkoholikiem, żeby zranić dziecko. Janek bardzo lubił szkicować, rysować, malować. Podmiejski pociąg jak z piosenki Andrzeja Zauchy rozwoził dni jego rodziców mieszkających na wsi pod Krasnymstawem: praca na etacie żniwa, wykopki. We wsi nawet bruku nie było, a gdzie tam mowa o ideałach. Tata, Bogdan, w tygodniu odwiedzał bar, niedaleko miejskiego dworca PKS, po czym zawiany zygzakiem wracał rowerem do domu.
W niedziele rodzice prowadzali nastoletniego Janka do kościoła. Chłopiec dziwił się, jak baranek może gładzić grzechy świata. Jego mama, Elżbieta, nie znała odpowiedzi na to pytanie, co zaskoczyło syna. W Boże Ciało rodzice ciągali go na procesje. Baby zawodziły, a na biało odstrojone dziewczynki sypały płatki róży na rozgrzany asfalt, co ponoć cieszyło bozię (mama "bozia" mówiła). Nie umiał zachwycać się na biało ubranymi dziewczynkami. Wolał szkicować koleżanki ze wsi bawiące się na huśtawkach zbitych z sosnowych żerdzi. Dziewczyny tak się bujały, że majtki im było widać. Czasem nawet zapominały gacie włożyć.

W pamięć najbardziej Jasiowi zapadło taty lusterko do golenia, które na rewersie miało piękny obraz: naga kobieta klęczy na łóżku, jej małe i sprężyste piersi nie opadają, ale sterczą gotowe do pieszczot. W upalny sierpniowy dzień już po żniwach chłopak wpatrywał się w grafikę purpurowiejąc na twarzy, targały nim emocje niedostępne przy lekturze "Kajka i Kokosza". Nawet nie zauważył wchodzącego do pokoju taty. Ojciec z miejsca oskarżył go o kradzież, zabrał lusterko i zlał syna sznurem od żelazka. Dwadzieścia lat później dorosły Jan odkrył, że obraz malował Henri de Toulouse-Lautrec.



Oprócz oglądania mało dewocyjnych dzieł sztuki, Jaś czytał wiersze Baudelaire'a. Tata Jasia parał się mniej dochodowym zajęciem niż ojciec Katarzyny. Od godziny 7 do 15 siedział na rozklekotanym fotelu w pokoju z tabliczką "dział techniczny" w spółdzielni mleczarskiej. Nie stać go było na panienki. Syna nazywał "dziwakiem". Mama utrzymywała przekaz w podobnym duchu, załamując ręce: - Synu, co z ciebie wyrośnie?!

Rodzice Kasi i Jasia psychicznie wyrzucili swoje dzieci z gniazd, zanim te nauczyły się latać

Katarzyna i Jan poznali się w biurowcu na warszawskim Mordorze, znaczy Służewcu. Zakochali w sobie. Ranili, poszukując akceptacji i nie tylko utraconej, ale nie otrzymanej w dzieciństwie miłości.

Ich miłość "zemsta" miała na drugie.


Brak komentarzy:

Prześlij komentarz