czwartek, 27 kwietnia 2017

Nie przyciskaj mnie tak mocno

- Nie przyciskaj mnie tak mocno, nie mogę oddychać.
Szara kurtyna poranka spadła na Żerań. Bayern, co się z nimi dzieje, znowu przegrał, a miał finał Pucharu Niemiec w kieszeni. Nonszalancja zgubiła nie tylko ich, ale i Hitlera, i Piotra Gąsowskiego. Złote czasy "Tańca z Gwiazdami" odpłynęły. Co mnie to obchodzi, pomyślał Michał.
- Mówiłaś, że nie chce ci się żyć, że masz depresję.
- Ale nie mogę oddychać.
- W życiu najpiękniejsze jest życie. Zachwyć się tym, co masz przed oczyma, nie dołuj tym, czego nie masz.

środa, 26 kwietnia 2017

Tamta dziewczyna

Sędzia we wczorajszym meczu Real-Bayern gwizdał sprawiedliwie, bo monachijczycy odpadli z Ligi Mistrzów. Jakość pracy znalazła uznanie Lewandowskiego ("naszego Roberta"), Vidala i Alcantary, bo wtargnęli, wedle hiszpańskich gazet, do szatni sędziowskiej, wykrzykując, że dwie bramki Real strzelił ze spalonego, a Vidal - niesłusznie wyleciał z boiska. Sędziowie wydają opinie, których nijak nie da się nazwać wyrokami, zaśmiał się w duchu Michał.

Podparł głowę na prawej ręce, patrzył w okno, niczego poza zachmurzonym niebem nie widząc. Właściwie to nawet świadomości do obserwowania chmur o kolorze brudnej bieli nie włączył. Układał zdania do komentarza z meczu, a przecież go nie oglądał. Nie oglądał, bo nie ma Canal+. Jakby sobie kupił, w kółko patrzyłby mecze i pisał sprawozdania do internetu, a przecież musi  udzielać dzieciom lekcji angielskiego, które nie umieją skoncentrować się dłużej niż 30 sekund. Bardziej już skupia uwagę złota rybka niż roszczeniowe bachory, snuł myśli.

Po otwarciu oczu nie zrobił tego, co każdy zdrowy mężczyzna po obudzeniu zwykł dotykać. Przechylił się przez łóżko. Odłączył telefon od ładowarki i sprawdzał, co słychać na Facebooku. Znajomi wrzucili zdjęcia zimowych krajobrazów, choć przecież kwitną już magnolie. Pociąg z Donaldem Tuskiem wjedzie na Dworzec Centralny.

Zza zamkniętych drzwi łazienki dochodził przygłuszony szum wody z prysznica, jakby deszcz na drzewa nad Kanałem Żerańskim padał. Mężczyzna usiadł na brzegu łóżka. W wyobraźni budował figury geometryczne z leżących na dywanie okruszków. Ale zastanówmy się, pomyślał, czemu ja z nią jestem, pomyślał o kobiecie pod prysznicem. Owszem, ma ładne cycki. Można na niej polegać, co niweluje inne niedostatki ciała. Niweluje, sam siebie zapytał Michał.  Może wmawiam sobie, przecież na Kasi nie mógł polegać nawet w jednym calu, a poszedłby na piechotę do Częstochowy, by z nią być. Z tą Częstochową to się zapędził.

Maria wyszła z łazienki owinięta w różowy, wytarty już ręcznik. Michał chciałby mimowolnie podejść do niej, zrzucić z niej mokrą szmatę. Próbował nadać swemu spojrzeniu wyraz zainteresowania i podniecenia.
- Wiem, że nie jestem w twoim typie - powiedziała bez żalu Maria, otwierając starą, drewnianą szafę z drzwiami na skrzypiących zawiasach.
- Idę się kąpać, bo muszę być o ósmej w biurze.
- Dobrze.
Nie zamknął za sobą drzwi łazienki, żeby Maria nie pomyślała, że nie chce, by weszła podczas jego kąpieli. Położył piżamę na podłodze. Myjąc włosy szamponem rumiankowym, usłyszał zza drzwi:
- Michał, mogę wejść?
- Tak - wysilił się na naturalny ton.
- Umyć ci plecy?
- Nie, dziękuję.
Kobieta na sekundę stanęła bez ruchu, jej oczy spowiła mgła bezsilności.
- Jutro przyjadę z dziećmi, spędzimy razem weekend - starała się być stanowcza.
Spojrzał kątem oka na jej ciało. Spod różowego szlafroka, który na siebie włożyła, zobaczył wystrzyżone, ale nie ogolone łono. Nie poczuł podniecenia.
- Dobrze. Może pojedziemy do Nieborowa, choć nie wiadomo, bo zapowiadają zimny weekend.
- Kiedy ta zima się skończy - próbowała uśmiechać się kobieta.

Golenie twarzy wydało się Michałowi wyzwaniem na miarę zdobycia Mount Everest. Czuł niemiłosierne zmęczenie, które przypisywał długiej i ciemnej zimie. Pił codziennie Biovital, jadł Czosnek Forte, ale ostatnio lekarzowi poskarżył się, że siły go opadły. Doktor osłuchał, opukał, wodząc palcem przed oczyma szukał problemów neurologicznych. Postawił diagnozę: - Jest pan zdrowy.

Michał założył bieliznę. W radiu mówili, że Donald Tusk przyjedzie na przesłuchanie do Warszawy pociągiem. Wysiądzie na dworcu Centralnym. PiS wymyślił przedstawienie z przesłuchaniem w prokuraturze, Tusk okazał się świetnym reżyserem, wyraził w duszy zachwyt Michał, wjeżdża do Warszawy jak marszałek Piłsudski.
Maria, nie zważając na radio nadające wiadomości, oparła telefon o doniczkę w kuchni, włączyła piosenki z YouTube:
Tamta dziewczyna mieszka parę myśli stąd
w tej samej głowie czasem przypomina mnie
ale ma siłę, jaką miewa mało kto
a kiedy trzeba umie głośno mówić "nie"



Kasia mignęła mu w myślach. Stała na kładce nad torami na Olszynce Grochowskiej. O, Bogowie! Dlaczego mnie karzecie,  wniósł ciche modły Michał i szybko zagaił do Marii:
- Zrobić ci kawę?
- Robisz najlepszą, taką z kafeterki proszę. Trzeba będzie firanki tu powiesić, bo mało domowo jest.
Maria podeszła do okna, oberwała suche liście z kawowca stojącego na parapecie.
- Może byśmy remont kuchni zrobili - zniknęła w drugim pokoju.
https://www.youtube.com/watch?v=M5UqFj-uk78













czwartek, 6 kwietnia 2017

Dlaczego związki po rozwodach się nie udają?

Związki ludzi po rozwodach kończą się, zanim na dobre wystartują. Dlaczego? Bo tak musi być.




Młodzi ludzie poznający się w wieku kilkunastu, dwudziestu, trzydziestu lat zauroczą się sobą. Burza hormonów (dopamina, testosteron, oksytocyna) każe młodym ludziom czuć drżenie ciał, twardość i mokrość pewnych części ciała na samą myśl o sobie nawzajem. Rozbucha kwiat namiętności i zakochania pachnący majowym bzem. Świata poza sobą nie widzą. Żeby to tak głupio nie wyglądało, że chodzi tylko i wyłącznie o przedłużenie gatunku sterowane aminokwasami w organizmie, przywołuje się mity o Romeo i Julii, Tristanie i Izoldzie, a Werter to nawet cierpiał.

Seksuolog Andrzej Depko w wywiadzie dla "Wysokich Obcasów" z 17 września 2016 r. powiedział:
- Ale natura namiętności jest taka, że ona prędzej czy później wygasa.
- Nie ma wyjątków - przypuszczalnie z nadzieją i rozpaczą w głosie zapytała dziennikarka.
- Nie ma - wbija gwóźdź do trumny Depko. - Taka jest w ogóle natura emocji.

Kiedy już biologia osiąga swój cel, pojawiło się dziecko i kochankowie się sobą znużyli, rozstają się. Gorzej, jak w międzyczasie wzięli ślub zwabieni złudną obietnicą wiecznego narkotycznego haju. Rozwód, kłótnie, majątek, kredyty. Chyba to znacie?

Panny i kawalerowie z odzysku wkraczają na rynek, szumnie mówiąc, matrymonialny. Pół biedy, jak ona ma lat ze 30, może i chce mieć dzieci. Wówczas znajdzie sobie pana w wieku podobnym, może nieco starszego, nieraz też po przejściach. Scenariusz z wybuchem wulkanu namiętność ma szansę się powtórzyć, ale i z dojrzałą świadomością, że nawet najgorętszy wulkan się wypala. Może pojawić się kolejne dziecko, znów ślub, rodzina. Mają szansę na długie i szczęśliwe życie.

Gorzej dla osobników homo sapiens 40+. Niby chcą czuć motylki w brzuszku, nie dojadać, cierpieć z tęsknoty, kochać się pięć razy dziennie siedem dni w tygodniu, ale coś już zgrzyta. Bo obecne dzieci, często  nastolatki, absorbują, wkurzają, kosztują. Bo w pracy szef nakłada na głowę za dużo, a koleżanka to dołki kopie. Kasy od 1 kwietnia starcza do 5. Potem jedzie się na oparach absurdu. Organizm przestaje tęsknić za burzami, wulkanami.  Biologia też płata figle. Kiedyś to się myślało o seksie dwadzieścia razy dziennie, a teraz lepiej książkę poczytać. Słowo „starość” zaczyna migotać w oddali.

Dochodzimy do zaklętej i przeklętej kwadratury koła. Wchodzimy w związki z sympatii, z lęku przed samotnością, wybierając umiarkowanie pozytywne emocje, a jednocześnie marzymy: niech stanie się huragan. Nawet go wyglądamy, myszkując po facebooku, sympatii, badoo. Poznajemy kogoś, żegnamy obecnego partnera, zanim go na dobre poznaliśmy.

I jak tu żyć? Gdzie jest złoty środek.

A może pozostaje nam czekać na miłość jak z Mistrza i Małgorzaty?

poniedziałek, 3 kwietnia 2017

Połamane skrzydła

Życie jest wiecznie powtarzającym się pożegnaniem i jutro może być niepodobne do dzisiaj.

Włodek, ojciec Kasi rozstał się z nią, gdy chodziła do podstawówki. Zamiast zgłębiać tajniki fotosyntezy, marzyć o miłości jak Zbyszka do Danuśki, podziwiać dzielnych Polakach spod Grunwaldu, dziewczyna wojnę przeżyła w domu. Jej tata z napojów najbardziej preferował alkohol, w tym fioletowy sączony przez chleb baltonowski.
Zawodowo zajmował się rozbojami i włamaniami. Sami sobie winni frajerzy chodzili po ulicach z portfelami, a kioskarze słabo zabezpieczali swoje tekturowe budki z napisem Ruch. Zarobione pieniądze tata wydawał w monopolowych i na melinach. Tam kierując się pańskim gestem kupował wódkę Żytnią lub Bałtycką przygodnie poznanym paniom, a te płaciły mu za dobrą zabawę szeroko rozłożonymi nogami.

Wydawszy pensję, wracał do domu, kopał małżonkę Bożenę w brzuch, a jak zaczynała płakać, walił pięścią w twarz. Kasia niemo przyglądała się powrotom ojca. Pewnego majowego dnia, gdy na podwórku kwitły kasztany, w lasach odurzająco pachniały konwalie, mąż z fleka potraktował żonę w brzuch wiele razy, bo pochwaliła mu się radośnie ciążą. Od tamtej pory Bożena platonicznie kochała zaprzyjaźnionego weterynarza.
Kilka dni później kobieta poszła do ginekologa, po czym stan błogosławiony ją opuścił. Dziecko jest zwieńczeniem miłości, powiadają naiwni. Ale aborcja jeszcze bardziej.

Gdy Kasia miała siedemnaście lat, długie do pasa blond włosy z przedziałkiem na boku, tata tradycyjnie wrócił do domu po tygodniówce. Pomylił łóżka i jak mężczyzna przytulił się do córki. Nastolatka pobiegła do kuchni, chwyciła za nóż kuchenny Gerlach. Włodek się wystraszył, wytrzeźwiał i przeniósł się na swoje wyro. Lech Wałęsa był jeszcze prezydentem, kiedy Kasia straciła ojca i znienawidziła mężczyzn. Bo jak tu znienawidzić ojca? Przecież mama do dziś z nim mieszka i zapewnia, że w życiu by się nie rozwiodła.
Bożena dysonans poznawczy leczyła w psychiatryku. Kasia nic z tego nie rozumiała, ale przecież nerwice się zdarzają. Postanowiła nic nie czuć; nie mieć emocji, być robotem.

Nie trzeba zaraz być alkoholikiem, żeby zranić dziecko. Janek bardzo lubił szkicować, rysować, malować. Podmiejski pociąg jak z piosenki Andrzeja Zauchy rozwoził dni jego rodziców mieszkających na wsi pod Krasnymstawem: praca na etacie żniwa, wykopki. We wsi nawet bruku nie było, a gdzie tam mowa o ideałach. Tata, Bogdan, w tygodniu odwiedzał bar, niedaleko miejskiego dworca PKS, po czym zawiany zygzakiem wracał rowerem do domu.
W niedziele rodzice prowadzali nastoletniego Janka do kościoła. Chłopiec dziwił się, jak baranek może gładzić grzechy świata. Jego mama, Elżbieta, nie znała odpowiedzi na to pytanie, co zaskoczyło syna. W Boże Ciało rodzice ciągali go na procesje. Baby zawodziły, a na biało odstrojone dziewczynki sypały płatki róży na rozgrzany asfalt, co ponoć cieszyło bozię (mama "bozia" mówiła). Nie umiał zachwycać się na biało ubranymi dziewczynkami. Wolał szkicować koleżanki ze wsi bawiące się na huśtawkach zbitych z sosnowych żerdzi. Dziewczyny tak się bujały, że majtki im było widać. Czasem nawet zapominały gacie włożyć.

W pamięć najbardziej Jasiowi zapadło taty lusterko do golenia, które na rewersie miało piękny obraz: naga kobieta klęczy na łóżku, jej małe i sprężyste piersi nie opadają, ale sterczą gotowe do pieszczot. W upalny sierpniowy dzień już po żniwach chłopak wpatrywał się w grafikę purpurowiejąc na twarzy, targały nim emocje niedostępne przy lekturze "Kajka i Kokosza". Nawet nie zauważył wchodzącego do pokoju taty. Ojciec z miejsca oskarżył go o kradzież, zabrał lusterko i zlał syna sznurem od żelazka. Dwadzieścia lat później dorosły Jan odkrył, że obraz malował Henri de Toulouse-Lautrec.



Oprócz oglądania mało dewocyjnych dzieł sztuki, Jaś czytał wiersze Baudelaire'a. Tata Jasia parał się mniej dochodowym zajęciem niż ojciec Katarzyny. Od godziny 7 do 15 siedział na rozklekotanym fotelu w pokoju z tabliczką "dział techniczny" w spółdzielni mleczarskiej. Nie stać go było na panienki. Syna nazywał "dziwakiem". Mama utrzymywała przekaz w podobnym duchu, załamując ręce: - Synu, co z ciebie wyrośnie?!

Rodzice Kasi i Jasia psychicznie wyrzucili swoje dzieci z gniazd, zanim te nauczyły się latać

Katarzyna i Jan poznali się w biurowcu na warszawskim Mordorze, znaczy Służewcu. Zakochali w sobie. Ranili, poszukując akceptacji i nie tylko utraconej, ale nie otrzymanej w dzieciństwie miłości.

Ich miłość "zemsta" miała na drugie.