środa, 1 marca 2017

Wódko, pozwól żyć

Kiedyś w telewizji był program "Wódko, pozwól żyć". Przemycał fałszywe teorie, jakoby spożycie wódy degradowało fizycznie, społecznie i zawodowo. Podawał, że ludzie kończą na ulicy, przepiwszy uprzednio mieszkania, lądują w psychiatrykach, umierają zapici pod płotem, wegetują śmierdzący w kanałach. Te koślawe obrazy malują ośrodki odwykowe. Tymczasem słowa "wódko, pozwól żyć" należy rozumieć zupełnie inaczej. Przechylanie kolejnych kieliszków jest wsparciem, gdy żona zdradza, w pracy mało płacą lub akurat zwalniają, gdy brakuje na kredyt we frankach.

Ten punkt widzenia propaguje także Janusz Głowacki. Więcej, propagował to w czasach, gdy jeszcze mnie na świecie nie było. W felietonie "To mieszadło właśnie" (03.09.1972 r.) pisał:

Jakość naszych wódek sprawiła, iż mimo wysokich ceł, którymi wroga konkurencja usiłuje sparaliżować nasz eksport, wzrósł on w stosunku do okresu międzywojennego ponad stukrotnie. I dziś w 60 krajach świata Polmos pozwala ludziom zapomnieć o absurdalnej skończoności naszego życia. Oczywiście nie brak nigdy zgorzknialców, którzy teoriami o rzekomej szkodliwości alkoholu usiłują zwalać kłody pod nogi. (...) trzeba po prostu umieć pić, nie mieszać, nie bełtać, nie zakąszać trawą, po każdym litrze robić 15 minut przerwy, pamiętając, że mamy tylko jeden organizm.

Cytat pochodzi ze zbioru felietonów "W nocy gorzej widać", tytułowi zaprzeczyć się nie da.

Brak komentarzy:

Prześlij komentarz