czwartek, 9 lutego 2017

Michalkiewicz integruje Europę

Spodnie doznały rozległych obrażeń na lewym udzie z powodu chwilowego parkinsona i wylania na nie kawy. Ta postanowiła się wychylić z kubka, ponieważ ubrałem się dziś w grubą, obszerną kurtę na mróz, w której wyglądam jak Sigma lub Pi. Poruszając się niezgułowato, trzymając plecak, książkę, tarabaniłem się do wyjścia z 708, że kubka w pionie nie utrzymałem. 




Poczułem się jak kosmita, którego ruchy nie przystają do ziemskiej grawitacji. Niech Bóg mi oszczędzi nieporadności wszelakiej, w tym Parkinsona. Ok, Boże? Czemu nic nie mówisz, ponoć nigdy mnie nie oszukujesz? To nie fair. Milczenie nie oznacza kłamstwa lub prawdy.

Dopiero lektura felietonu Stanisława Michalkiewicza ukoiła poczucie nieprzystawalności do rzeczywistości. Lubię czytać jego teksty, bo napisane są świetną polszczyzną i pod względem, że tak powiem, przesłania, wyłamują się z głównego nurtu: kochajmy się i bądźmy sobie braćmi. W ostatnim tekście publicysta  wziął na tapetę wizytę Angeli Merkel w Warszawie. Podobnie jak ja, zauważył, że jej najważniejszym rozmówcą był Jarosław Kaczyński.

Potem poświęcił kilkanaście zdań przyszłości Unii Europejskiej, która tkwi w rozkroku po przegłosowanym Brexicie. Ma do wyboru mocną integrację w kierunku jednego superpaństwa Europa, wspólnoty państw narodowych, Europy dwóch prędkości, czyli z grubsza państw założycieli Unii oraz reszty posłusznych Murzynów jak Polska, Rumunia, Bułgaria.

Gwarantem stabilności, rozwoju i pokoju na kontynencie byłoby wielkie państwo Europa, które stawiłoby czoła Stanom Zjednoczonym czy Chinom, a także zepchnęło na boczny tor Wielką Brytanię, która z jednej strony nie interesuje się kontynentem, a z drugiej robi wszystko, by osłabiać państwa przeciwko sobie.

Anglikom rozbiory Polski były na rękę, bo wzmacniały Prusy przeciwko Francji. W XIX wieku Anglia prowadziła wyrafinowaną dyplomację, głośno popierając na Kongresie Wiedeńskim dążenia Polski do niepodległości, ale ostatecznie bez krzty wstydu zaakceptowała końcowe ustalenia o wymazaniu Polski z mapy, uznając ją za karłowatą narośl na mapie Europy.
Podczas kolejnych powstań Anglia okazywała dyplomatyczną przychylność, ale po cichu wspierała zaborców.

Podczas Powstania Listopadowego polscy wysłannicy jeździli do Londynu po pomoc. Premier lord Grey współczuł, robił miny zbitego psa i deklarował pomoc. A jednocześnie apelował do Rosjan o "szybkie zgaszenie buntu". Podczas Powstania Styczniowego scenariusz się powtórzył.
Pierwsza wojna światowa zwróciła Polsce niepodległość, ale w granicach gorszych niż możliwe do uzyskania, za co podziękowania znów należą się angielskiemu premierowi Lloydowi George'owi, który prowadził jawnie antypolską działalność.
W latach trzydziestych dwudziestego wieku mieliśmy z Brytyjczykami pakt o wzajemnej pomocy, ale gdy Hitler napadł na Polskę, palcem nie kiwnęli. A jeszcze w czasie wojny polscy piloci bronili nieba nad Anglią.
Podczas wojny Anglicy o tyle wspierali Polskę, o ile było to zgodne z ich interesem. Ale tak naprawdę liczyli się z decyzjami Stalina, bo to jego armie wykrwawiały się w bojach z Niemcami. Polska przy okazji była uciążliwym elementem układanki.


Na wyjściu Wielkiej Brytanii z Unii, o ile ono w ogóle nastąpi, straci Wielka Brytania. I to ona będzie głównym poszkodowanym tej hucpy. Ale jako że zacznie szukać sojuszy gospodarczych poza Europą kontynentalną, to w polskim interesie jest dziś wspieranie Szkotów, Irlandczyków, a także Francuzów.

Niemcy, jak zwykle, świetnie dogadują się z Rosjanami, tworząc kolejny Nord Stream. Dlatego polską racją stanu numer dwa jest utrzymanie Unii Europejskiej kontynentalnej w jedności, co rozprasza narodowe interesy i nacjonalizmy.


Brak komentarzy:

Prześlij komentarz