środa, 14 czerwca 2017

Poranek w pięciu krokach







1. Budzik w telefonie dzwonił z 20 razy, mimo że 20 razy go wyłączałem
2. Pierwsza założona koszulka miała plamę
3. Druga założona koszulka miała plamę
4. Po wyjściu na zewnątrz było przeraźliwie zimno, oczywiście w porównaniu do ostatnich upałów i, mimo że planowałem jechać autobusem do pracy, jednak wsiadłem za kółko.
5. Tak skutecznie zmieniłem hasło w komputerze biurowym, że nie mogłem na nie wpaść i czekałem 30 minut, aż informatyk mi je zresetuje.

Czekam na potop,trzęsienie ziemi, a przynajmniej koniec świata.
W tej sytuacji jest mnie w stanie ukoić tylko okład z młodych piersi.

Poranek w pięciu krokach

czwartek, 8 czerwca 2017

Już wiem czemu "Nie" jest ulubioną gazetą

Już wiem, czemu „Nie” jest moją ulubioną gazetą. Taka fraza to majstersztyk:

Poznali się w autobusie w drodze do szpitala. Ryszard jechał, żeby odwiedzić konkubinę. Małgorzata syna. Ryszard bardzo się spodobał Małgorzacie, gdyż powiedział, że kolega przyjedzie po niego samochodem i może z nimi wracać, co się będzie tłuc autobusami. Taki opiekuńczy mężczyzna to skarb, zatem zakochała się w nim  bez pamięci. 2 dni później przeprowadziła się do Ryszarda razem z dziećmi i została jego nową konkubiną.
„Polska krew na pierwszej stronie”, „Nie”, nr 22, 2-8 czerwca 2017 r.

środa, 7 czerwca 2017

Tłumaczenie piosenki " Where The Wild Roses Grow"

Odpoczynek od Excela, czyli tłumaczenie moje tłumaczenie piosenki Where The Wild Roses Grow:



Tam, gdzie rosną dzikie róże

Kylie:
Nazywają mnie Dziką Różą,
choć nazywam się Eliza Day
Dlaczego tak na mnie mówią,
nie wiem,
bo nazywam się Eliza Day

Nick:
Pierwszego dnia, gdy ją ujrzałem, wiedziałem, że to ta jedyna
Wpatrywała się w moje oczy i uśmiechała,
a jej usta miały kolor róż,
które rosną w dole rzeki, krwiste i dzikie

Kylie:
Gdy zapukał do mych drzwi, przestąpił próg,
moja niepewność znikła pod jego pewnym uściskiem.
Byłby moim pierwszym mężczyzną, delikatnie dłonią wytarł
łzy płynące po policzkach
Nazywają mnie Dziką Różą,
choć nazywam się Eliza Day
Dlaczego tak na mnie mówią,
nie wiem,
bo nazywam się Eliza Day

Nick:
Drugiego dnia przyniosłem jej kwiat
Jest najpiękniejszą kobietą, jaką kiedykolwiek widziałem.\
Spytałem: "Wiesz, gdzie rosną dzikie róże,
słodkie, szkarłatne i wolne"?

Kylie:
Drugiego dnia przyszedł z jedną różą.
Powiedział: "Powierz mi swoje smutki i troski"
Gdy leżałam na ławce, skinęłam głową, gdy zapytał:
"Pójdziesz ze mną tam, gdzie rosną róże"?
Nazywają mnie Dziką Różą,
choć nazywam się Eliza Day
Dlaczego tak na mnie mówią,
nie wiem,
bo nazywam się Eliza Day

Kylie:
Trzeciego dnia zabrał mnie nad rzekę,
Pokazał róże, pocałowaliśmy się
Ostatnią rzeczą, jaką słyszałem, było wyszeptane słowo,
gdy klęczał nade mną z kamieniem w dłoni

Nick:
Ostatniego dnia zabrałem ją tam, gdzie rosną dzikie róże
Leżała na brzegu, wiał wiatr cichy jak złodziej
Pocałowałem ją na pożegnanie, mówiąc: "Wszystko co piękne, musi umrzeć".
Nachyliłem się nad nią, włożyłem różę w usta

Kylie:
Nazywają mnie Dziką Różą,
choć nazywam się Eliza Day
Dlaczego tak na mnie mówią,
nie wiem,
bo nazywałam się Eliza Day
bo nazywałam się Eliza Day
bo nazywałam się Eliza Day

poniedziałek, 5 czerwca 2017

Jestem


Jestem smutna i zła
Jestem głupia i chcę miłości
Jestem zawiedziona i mam nadzieję
Jestem twoją wyrafinowaną kurwą
Jestem twoją wyuzdaną damą
Jestem twoją nagą kucharką
Jestem twoją wytworną zdzirą
Nienawidzę cię
Wygrałeś
Nie pisz.

Obraz: Hester Van Doomum

piątek, 2 czerwca 2017

Justyna #2

Pas bezpieczeństwa wypychał duże, kuliste piersi Justyny do przodu, które kształtnie układały się pod koronkową bluzką. Korek na moście zamienił się w zastój. Justyna z obszernej, beżowej torby wyjęła telefon Huawei.

- Wypadek na zjeździe do centrum - powiedziała do Roberta. Wypowiadanie słów sprawiało jej fizyczny ból. Czuła, jak usta, język, gardło pracują, żeby ta krótka fraza wydostała się w przestrzeń samochodu marki Toyota Avensis.
- Kurwa, spóźnię się, a jeszcze muszę cię do Młocin podrzucić - ze złością wyrzucił z siebie Robert.
Nie musisz, pomyślała Justyna. Nic nie musisz. Udawała, że nie widzi pożądliwych, a czasem sprośnych spojrzeń mężczyzn z aut na pasach po lewej i prawej stronie wytrzeszczających oczy na jej biust. Zaczęła wyobrażać sobie, że jej dusza przeniosła się do jadącego obok tramwaju, dwójki, że obserwuje siebie i Roberta, siedzących obok siebie w milczeniu. Widzi drobną blondynkę przewijającą wiadomości na Facebooku, Roberta z brzuchem wystającym spod niebieskiej koszuli. Grzegorz Turnau żegna Zbigniewa Wodeckiego, Ucha Prezesa nie będzie na YouTubie, a na Tarchominie auto wjechało pod tramwaj.

Miłego dnia, Michałku, napisała do Michała. Wczoraj na ławce w parku Skaryszewskim czytał jej „Nagi maj" Romana Bratnego i opowiadał, że tytuł wziął się od obrazu Goi "Maja naga". Powiedział jej, że ma atłasową skórę. Czuła jego palce na szyi.
- Wreszcie się rusza - wyrwał ją z myślenia Robert. Obraz jej, siedzącej w tramwaju, prysł.
- Super. Może zdążysz do pracy.
Tobie też, Justynko, odpisał Michał. Słyszała jego głos z wczoraj. Kaczki pływały po jeziorku, ciesząc się upalnym, majowym słońcem. W trawie leżała puszka po piwie Żubr. Dlaczego to zapamiętałam zdziwiła się. Napisała sms do szefowej, że spóźni się do pracy.

poniedziałek, 22 maja 2017

Fabryka komunii świętej

Nie chcę wchodzić w wyświechtane frazesy, że kościół katolicki stał się tożsamy z życiem społecznym i państwowym w ogóle, czego szczególnym przejawem jest nauczanie religii w szkołach. Nie będę powtarzał komunałów, że wpływ kościoła na życie publiczne, co przejawia się uczestnikiem prezydenta Dudy, premier Szydło, naczelnika Kaczyńskiego w dożynkach miesięcznicach i rocznicach, nie ma nic wspólnego z neutralnością światopoglądową państwa. Można by rwać włosy z głowy, że kościelne biznesy i finanse pozostają na dobrą sprawę poza państwową jurysdykcją.





W powodzi stwierdzeń z kategorii mowa-trawa nadal świeże wydaje mi się pytanie, po co organizuje się komunie święte dziewięciolatkom. Nie do przecenia oczywiście są sytuacje, gdy na kościelnym placu wśród sosen podczas mszy można popatrzeć na seksownie ubrane kobiety, których kształty oraz podkreślający je strój odcinają się od modnych sukienek w kolorze róż, tudzież świnka piggy. Z komunii chrześnicy zapamiętałem panią, która miała szary kostium, połączenie bluzki ze spodniami, w duże czarne kratki zmysłowo schodzące się na pupie o kształcie gruszki. Duże zdziwienie wywołała u mnie też obserwacja, że w maju wszelkie restauracje, centra konferencyjne zamieniają się w fabryki przyjęć komunijnych. Na warszawskiej linii otwockiej w dużym ośrodku było tych przyjęć w jednym czasie przynajmniej pięć.

Po co, powtórzmy kluczowe pytanie, organizuje się komunie dziewięciolatkom? Z tego samego powodu, dla którego chrzci się dzieci w wieku niemowlęcym. Kościół katolicki zapisuje niemowy do swojej organizacji, za kilka lat – dzieci - w szczycie ich rozbawienia i względnej nieświadomości – przypieczętują akces komunią świętą. Małolaty, zgadzam się, bardzo się tym faktem przejmują, planując pokomunijne zakupy telefonów, xboksów, telewizorów.

Zasadne na koniec wydaje się kolejne pytanie, czy komunia święta odciska na dziecku trwały, pozytywny ślad. Wiarę pogłębia? Do przyszłych, odległych w czasie myśli egzystencjalnych nastraja? W Bogu ufność przyszły dorosły odnajduje? A jeśli nawet odnajduje, to czy ma to coś wspólnego z komunią? Czy jedynymi beneficjentami tego wydarzenia nie są komunijny fotograf, Media Markt (miejsce zakupów xbox) i restauracja?

piątek, 19 maja 2017

Balonik Angry Birds

Nie wykluczam, że inni musieli jechać w miejsca, gdzie komunikacją miejską, pociągiem dojechać się nie da. Nie mogę nie wziąć po uwagę, że wybrali auto, żeby przewieźć towar, który do zwykłego plecaka się nie mieści. Ostatecznie, że wsiedli  za kierownicę, by dojechać do celu szybciej niż autobusem warszawskim., czyli na przykład do tej części Józefowa między centrum miasta a Emowem.

Ale nawet jeśli uwzględnię te okoliczności, to nijak nie mogę zrozumieć, dlaczego ludzie budują domy 10, 20, 30 kilometrów od granic Warszawy. Pierwotna motywacja pachnie zachęcająco niczym kawa na tarasie o poranku, wino o zmierzchu,  skoszone trawy. Wieczorne świerszcze wygrywają nieomal skrzypcowe koncerty,  bażanty gonią zająca lub na odwrót. Dzieci będą miały  każde po swoim pokoju, w ogóle żyło się będzie sielsko i błogo.

Wczoraj po raz kolejny pojąłem, za każdym razem przeżywam tę prawdę tak samo intensywnie, co nie świadczy dobrze o mojej konstrukcji psychicznej, że ta sielski obraz jest tylko mirażem, gdy droga z Grochowa do Józefowa zajmuje 45 minut. W nocy tę trasę pokonałbym  w 15 minut.

Jak tylko wyczerpały mi się wszystkie przekleństwa rzucane pod adresem bliźnich w swoich samochodach, bo chcieli wepchnąć się przede mnie, a ja przed nich, zacząłem myśleć o sprawie Magdaleny Żuk, która zginęła w Egipcie. Oczywiście, gdyby nie internet, pies  z kulawą nogą by się o śmierci dziewczyny nie zainteresował. A jeśli już internet jest, to kolejny pies kuternoga nie widziałby w sprawie nic fascynującego, gdy Magda była na przykład grubym i łysym Pawłem po 40., który pojechał do Egiptu z jeszcze grubszą żoną Barbarą na all inclusive i last minute.



Przyznaję, nie przeczytałem ani jednego artykułu na okoliczność zgonu Madzi. Nie wiem, czy zgwałcili ją Egipcjanie lub ktoś z jej wycieczki, zapiła się, zaćpała, ewentualnie prozaicznie utopiła lub zmarła z szoku termicznego.  Nie interesuje mnie to zupełnie. Najbardziej zajmujące powinno być jedynie dla jej rodziny i tak zwanych organów ściągania. Ale przecież czymś tę tablicę na Facebooku trzeba zapełniać, więc każdy temat, dziura na trzeciorzędnej ulicy na Białołęce, Adrian, czyli prezydent Duda, grzejący ławę Grzegorz Krychowiak są na Fejsie równorzędnymi tematami, j e ś l i akurat pojawią ci się na górze wiadomości.

Jako się rzekło, Magdalena łysym Pawłem nie była, więc każdy artykuł okraszony został jej  urodą, a nic tak nie przyciąga uwagi do newsa jak ładna kobieta, a ładna kobieta, która zginęła w niejasnych okolicznościach, to już jest w ogóle temat pierwszorzędny.  Niby internet jest zszokowany, w czarno-białej zdjęcia Magdaleny zamieszcza, kirem ozdabia i płacze, ale – bądźmy szczerzy – takimi newsami żyje pospólstwo, którego ni chuj nie interesuje nagroda Nike czy Kościelskich, a nawet choroba Parkinsona Pilcha. Bo Pilch jest stary, brzydki, alkoholik. Zasłużył sobie. A przede wszystkim, ( jego co jest jego kolejną wadą), nie jest ładną dziewczyną o idealnych kształtach.  Bardzo -  powiedziałbym - wybiórczo, kieruje się ludzka empatia, o ile tak można nazwać komentarze typu: - Taka młoda i ładna, pewnie arabusy ją jebnęli.

Ani się spostrzegłem, jak minąłem Zagórze. W 2010 roku byłem tam na spacerze z dziećmi. Akurat zerwał się tak silny wiatr, że – jak się później – okazało wyrywał drzewa z korzeniami. Burza, jakich mało, przyniosła ścianę deszczu. W domu w Wiązownie piorun tak walnął, że nowy telewizor Sharp Aquos szlag trafił. W kolejnych latach po Mazowieckim Parku Krajobrazowym łazikowałem z Karoliną i Zuzią.  To zdanie wystarcza za cały sens tamtych chwil.

Z prawej strony została w tyle fabryka lodów Grycan, potem świeżo postawiony wiadukt nowej autostrady i już byłem w Emowie, gdzie naszła mnie refleksja, że wspominam czasy, w których życie przypominało dojrzałą pomarańczę. Ociekało słodkim sokiem miłości, goryczą kłamstwa i zdrad, fermentacją alkoholową, a dziś patrzę na nie, jakby było kupionym przy warszawskim zoo balonikiem angry birds wypełnionym azotem. Uleciał ci z ręki, i zanim się ocknąłeś, szybował pod niebo. Nie wiadomo, czy żel ci balonika, czy z zachwytem patrzysz, jak wzbija się pod słońce. 

czwartek, 18 maja 2017

Z kim jesteś? Czy twój partner nie jest zbyt pochłonięty sobą?

Aby odpowiedzieć sobie na to pytanie, odpowiedz na poniższe pytania. Punktacja jest następująca:
5 - partner zawsze lub prawie zawsze tak postępuje;
4 - często tak postępuje;
3 - czasami tak postępuje;
2 - rzadko tak postępuje
1 - nigdy lub prawie nigdy tak nie postępuje.



  • Nieustannie oczekuje, że zaspokoisz wszystkie jego potrzeby.
  • Spodziewa się, że bez pytania odgadniesz jego pragnienia i potrzeby.
  • Oczekuje, że zawsze będzie stawiać jego potrzeby i oczekiwania na pierwszym miejscu.
  • Nie potrafi odczytywać Twoich uczuć.
  • Spodziewa się, że będziesz otwarcie okazywać mu swój podziw.
  • Usiłuje zwrócić na siebie uwagę w niejednoznaczny sposób.
  • Denerwuje się, gdy uważa, że go krytykujesz i obwiniasz.
  • Zachowuje się dziecinnie (na przykład dąsa się lub kaprysi).
  • Doszukuje się wad u Twoich przyjaciół.
  • Bez wyraźnej przyczyny oskarża cię o nieczułość i obojętność.
  • Wykorzystuje Twoje zwierzenia, by Cię krytykować i obwiniać.
  • Kontroluje swoje otoczenie.
  • Kłamie, wprowadza innych w błąd.
  • Lubi rywalizować i stosuje wszystkie chwyty, aby zdobyć to, czego chce.
  • Wywyższa się.
  • Okazuje pogardę Tobie i innym.
  • Jest arogancki.
  • Umniejsza Twoją wartość i poniża Cię.
  • Jest skupiony na sobie.
  • Zawsze musi być w centrum uwagi.
  • Manipuluje innymi, aby zyskać ich podziw.
  • Zazdrości innym.
  • Złości się, kiedy napotyka na sprzeciw.
  • Jest impulsywny i lekkomyślny.
  • Przechwala się.
  • Jest obojętny na Twoje potrzeby.
  • Wyśmiewa błędy i pomyłki innych.
  • Lubi flirtować.
  • Jest mściwy i lubi wyrównywać rachunki.
  • Oczekuje specjalnych względów, ale sam nikomu ich nie okazuje.
Zsumuj punkty. Punktacja od 30 do 150. Oto rozwiązanie testu:

30-53 punkty - nie ma problemu, Twój partner nie przejawia narcyzmu destruktywnego.
54-77 punktów - niewielki problem. Twój partner przejawia nieliczne zachowania narcyzmu destruktywnego, a Wasze problemy mają inne podłoże.
78-101 punktów - umiarkowany problem, porozmawiaj sam ze sobą o określ, które zachowania, dlaczego i z jakiego powodu mogą wywoływać Twoją frustrację.
102-125 punktów - poważny problem. Próba konfrontacji i przeciwstawiania się partnerowi nie przynoszą oczekiwanych rezultatów, a Ty po nich czujesz się jeszcze gorzej.
126-150 punktów - postępowanie i postawa partnera mają silnie negatywny wpływ na wasz związek oraz Twoją samoocenę, a także pewność siebie.

Źródło testu: "Charaktery", wydanie specjalne "Para w miłości", nr 1/2012



piątek, 12 maja 2017

Ona jest za

Jest
za mądra
za sprytna
za ładna
zbyt oczytana
ma
za kurewsko zielone oczy
czemu takie zgrabne nogi
a jeśli
do tego ma
zgrabny tyłek
ponętne piersi
i
nie opuści mnie
aż do samej eutanazji
lub śmierci w mękach
to już
w ogóle się
nie nadaje.
Ja.

poniedziałek, 8 maja 2017

Maj się nie certoli

Tegoroczny długi weekend majowy upłynął w sielskiej atmosferze zimna i deszczu. W Biedronkach pod sufit piętrzyły się worki z  niesprzedanym węglem drzewnym. Lodówki pęczniały od karkówek, boczków, kiełbasek, przygotowanych do położenia na grill. Reklamy na billboardach zachęcały do kupowania Tyskiego. W parku Skaryszewskim ludzie, mimo przyjmującego wiatru, siedzieli nad jeziorem na leżakach i popijali piwo. Mimo że zimny wiatr ciął po nerkach, warszawiacy rozpostarli swe leniwe ciała na płótnach z napisem Perła i starali się udawać, że polarny chłód się ich nie ima. Przecież, do cholery, jest maj i ma być ciepło.

Sobota 6 maja była chyba pierwszym, poza 1 kwietnia, dniem tej wiosny, który zapowiadał się ciepło. Wykorzystaliśmy go na pieczenie szaszłyków i karkówki na grillu. Piwo Eksportowe Okocim choć pyszne, smakowało jeszcze bardziej w rozproszonych przez zarośla nad Kanałem Żerańskim promieniach słońca.



Po naszych obu stronach rozłożyli się wędkarze, udający, że coś łowią. Każdy pretekst jest dobry, by wyrwać się z domu, a wędkowanie jest takie niewinne. Można bezkarnie się napić, a nawet trzeba, bo przecież nad wodą wieje.
Współcześni wojownicy przynoszą do domu marną zwierzynę. Rodziny tym nie wykarmisz, ale zew natury jest silniejszy od społeczno-kulturowej otoczki. Około pół do piątej grillowanie trzeba było zakończyć bo zbierało się na burzę, a i Agnieszka Osiecka czekała w "Cafe Sax" w teatrze Rampa.




W niedzielę odwiedziłem dobrą, choć teraz niekoniecznie poczciwą Wisłę, bardziej przypominającą Dniepr z "Ogniem i Mieczem" Jerzego Hofmana. Wisłą płynie majestatycznie, pięknie i złowrogo:




poniedziałek, 1 maja 2017

Justyna #1

Justyna budzi się jak co rano, co nie jest wielkim osiągnięciem, choć może jest, bo przynajmniej raz w tygodniu mówi sobie, że nie chciałaby żyć. Przeciąga się, przeciera oczy. Klnie pod nosem na swoim życie, czuje się w nim małą myszką z zoologicznego kręcącą się na różowym kołowrotku. Biegnie, a donikąd dojść nie może. Mycie, śniadanie, wypchnięcie Zuzi z różowym plecakiem sięgającym tyłka do śmiesznej szkoły, choć „O psie, który jeździł koleją” to akurat wzruszające było.
Kawa z Robertem, facetem, co do którego uczucia ma zdecydowanie niejasne. Po męsku spełnia on swoje samcze obowiązki: zarabia, nawet przytula, czasem całuje, seks raz na tydzień, orgazm jeden miesięcznie, Justyna wtedy jęczy głośno, a pusto, ma ochotę się rozpłakać, udaje, ale koleżanki też tak mają, więc może jest wystarczająco dobrze.

Co z tego, że czuje się z nim, jakby siedziała po raz setny nad Wisłą, zawsze w tym samym miejscu, po praskiej stronie na wysokości starówki. Nikt nie tonie, nikt nie tańczy tango na plaży, nawet tramwaj wodny wydaje się szary mimo żółto-czerwonej flagi na maszcie. Michał? Naprawdę nie chce o nim myśleć. I czemu w ogóle siedzi jej w głowie? Przecież – powtórzy sobie – mam córkę Zuzię, psa, mnóstwo książek i stabilną pracę. No, tak, Robert nigdzie mnie nie zabiera, Michał wciąż opowiada o książkach, a ostatnio to nawet "Czarodziejską górę" czytał. Z Robertem ostatnio była w McDonald ’s na zestawie BigMac z kuponów za dychę, Michał regularnie chodzi na tak zwane wydarzenia kulturalne, Młynarskie, Osieckie i inni zmarli, a wciąż żywi.

Co powiem sobie za dziesięć lat? Czy wolałam pojechać Volvo na wycieczkę do Pragi czy pociągiem na łazikowanie po łąkach.
- Posłodzić ci – usłyszała z kuchni pytający głos Roberta.
- Coś muszę mieć z życia... trochę cukru.
- Co?
- Dwie łyżeczki.

czwartek, 27 kwietnia 2017

Nie przyciskaj mnie tak mocno

- Nie przyciskaj mnie tak mocno, nie mogę oddychać.
Szara kurtyna poranka spadła na Żerań. Bayern, co się z nimi dzieje, znowu przegrał, a miał finał Pucharu Niemiec w kieszeni. Nonszalancja zgubiła nie tylko ich, ale i Hitlera, i Piotra Gąsowskiego. Złote czasy "Tańca z Gwiazdami" odpłynęły. Co mnie to obchodzi, pomyślał Michał.
- Mówiłaś, że nie chce ci się żyć, że masz depresję.
- Ale nie mogę oddychać.
- W życiu najpiękniejsze jest życie. Zachwyć się tym, co masz przed oczyma, nie dołuj tym, czego nie masz.

środa, 26 kwietnia 2017

Tamta dziewczyna

Sędzia we wczorajszym meczu Real-Bayern gwizdał sprawiedliwie, bo monachijczycy odpadli z Ligi Mistrzów. Jakość pracy znalazła uznanie Lewandowskiego ("naszego Roberta"), Vidala i Alcantary, bo wtargnęli, wedle hiszpańskich gazet, do szatni sędziowskiej, wykrzykując, że dwie bramki Real strzelił ze spalonego, a Vidal - niesłusznie wyleciał z boiska. Sędziowie wydają opinie, których nijak nie da się nazwać wyrokami, zaśmiał się w duchu Michał.

Podparł głowę na prawej ręce, patrzył w okno, niczego poza zachmurzonym niebem nie widząc. Właściwie to nawet świadomości do obserwowania chmur o kolorze brudnej bieli nie włączył. Układał zdania do komentarza z meczu, a przecież go nie oglądał. Nie oglądał, bo nie ma Canal+. Jakby sobie kupił, w kółko patrzyłby mecze i pisał sprawozdania do internetu, a przecież musi  udzielać dzieciom lekcji angielskiego, które nie umieją skoncentrować się dłużej niż 30 sekund. Bardziej już skupia uwagę złota rybka niż roszczeniowe bachory, snuł myśli.

Po otwarciu oczu nie zrobił tego, co każdy zdrowy mężczyzna po obudzeniu zwykł dotykać. Przechylił się przez łóżko. Odłączył telefon od ładowarki i sprawdzał, co słychać na Facebooku. Znajomi wrzucili zdjęcia zimowych krajobrazów, choć przecież kwitną już magnolie. Pociąg z Donaldem Tuskiem wjedzie na Dworzec Centralny.

Zza zamkniętych drzwi łazienki dochodził przygłuszony szum wody z prysznica, jakby deszcz na drzewa nad Kanałem Żerańskim padał. Mężczyzna usiadł na brzegu łóżka. W wyobraźni budował figury geometryczne z leżących na dywanie okruszków. Ale zastanówmy się, pomyślał, czemu ja z nią jestem, pomyślał o kobiecie pod prysznicem. Owszem, ma ładne cycki. Można na niej polegać, co niweluje inne niedostatki ciała. Niweluje, sam siebie zapytał Michał.  Może wmawiam sobie, przecież na Kasi nie mógł polegać nawet w jednym calu, a poszedłby na piechotę do Częstochowy, by z nią być. Z tą Częstochową to się zapędził.

Maria wyszła z łazienki owinięta w różowy, wytarty już ręcznik. Michał chciałby mimowolnie podejść do niej, zrzucić z niej mokrą szmatę. Próbował nadać swemu spojrzeniu wyraz zainteresowania i podniecenia.
- Wiem, że nie jestem w twoim typie - powiedziała bez żalu Maria, otwierając starą, drewnianą szafę z drzwiami na skrzypiących zawiasach.
- Idę się kąpać, bo muszę być o ósmej w biurze.
- Dobrze.
Nie zamknął za sobą drzwi łazienki, żeby Maria nie pomyślała, że nie chce, by weszła podczas jego kąpieli. Położył piżamę na podłodze. Myjąc włosy szamponem rumiankowym, usłyszał zza drzwi:
- Michał, mogę wejść?
- Tak - wysilił się na naturalny ton.
- Umyć ci plecy?
- Nie, dziękuję.
Kobieta na sekundę stanęła bez ruchu, jej oczy spowiła mgła bezsilności.
- Jutro przyjadę z dziećmi, spędzimy razem weekend - starała się być stanowcza.
Spojrzał kątem oka na jej ciało. Spod różowego szlafroka, który na siebie włożyła, zobaczył wystrzyżone, ale nie ogolone łono. Nie poczuł podniecenia.
- Dobrze. Może pojedziemy do Nieborowa, choć nie wiadomo, bo zapowiadają zimny weekend.
- Kiedy ta zima się skończy - próbowała uśmiechać się kobieta.

Golenie twarzy wydało się Michałowi wyzwaniem na miarę zdobycia Mount Everest. Czuł niemiłosierne zmęczenie, które przypisywał długiej i ciemnej zimie. Pił codziennie Biovital, jadł Czosnek Forte, ale ostatnio lekarzowi poskarżył się, że siły go opadły. Doktor osłuchał, opukał, wodząc palcem przed oczyma szukał problemów neurologicznych. Postawił diagnozę: - Jest pan zdrowy.

Michał założył bieliznę. W radiu mówili, że Donald Tusk przyjedzie na przesłuchanie do Warszawy pociągiem. Wysiądzie na dworcu Centralnym. PiS wymyślił przedstawienie z przesłuchaniem w prokuraturze, Tusk okazał się świetnym reżyserem, wyraził w duszy zachwyt Michał, wjeżdża do Warszawy jak marszałek Piłsudski.
Maria, nie zważając na radio nadające wiadomości, oparła telefon o doniczkę w kuchni, włączyła piosenki z YouTube:
Tamta dziewczyna mieszka parę myśli stąd
w tej samej głowie czasem przypomina mnie
ale ma siłę, jaką miewa mało kto
a kiedy trzeba umie głośno mówić "nie"



Kasia mignęła mu w myślach. Stała na kładce nad torami na Olszynce Grochowskiej. O, Bogowie! Dlaczego mnie karzecie,  wniósł ciche modły Michał i szybko zagaił do Marii:
- Zrobić ci kawę?
- Robisz najlepszą, taką z kafeterki proszę. Trzeba będzie firanki tu powiesić, bo mało domowo jest.
Maria podeszła do okna, oberwała suche liście z kawowca stojącego na parapecie.
- Może byśmy remont kuchni zrobili - zniknęła w drugim pokoju.
https://www.youtube.com/watch?v=M5UqFj-uk78













czwartek, 6 kwietnia 2017

Dlaczego związki po rozwodach się nie udają?

Związki ludzi po rozwodach kończą się, zanim na dobre wystartują. Dlaczego? Bo tak musi być.




Młodzi ludzie poznający się w wieku kilkunastu, dwudziestu, trzydziestu lat zauroczą się sobą. Burza hormonów (dopamina, testosteron, oksytocyna) każe młodym ludziom czuć drżenie ciał, twardość i mokrość pewnych części ciała na samą myśl o sobie nawzajem. Rozbucha kwiat namiętności i zakochania pachnący majowym bzem. Świata poza sobą nie widzą. Żeby to tak głupio nie wyglądało, że chodzi tylko i wyłącznie o przedłużenie gatunku sterowane aminokwasami w organizmie, przywołuje się mity o Romeo i Julii, Tristanie i Izoldzie, a Werter to nawet cierpiał.

Seksuolog Andrzej Depko w wywiadzie dla "Wysokich Obcasów" z 17 września 2016 r. powiedział:
- Ale natura namiętności jest taka, że ona prędzej czy później wygasa.
- Nie ma wyjątków - przypuszczalnie z nadzieją i rozpaczą w głosie zapytała dziennikarka.
- Nie ma - wbija gwóźdź do trumny Depko. - Taka jest w ogóle natura emocji.

Kiedy już biologia osiąga swój cel, pojawiło się dziecko i kochankowie się sobą znużyli, rozstają się. Gorzej, jak w międzyczasie wzięli ślub zwabieni złudną obietnicą wiecznego narkotycznego haju. Rozwód, kłótnie, majątek, kredyty. Chyba to znacie?

Panny i kawalerowie z odzysku wkraczają na rynek, szumnie mówiąc, matrymonialny. Pół biedy, jak ona ma lat ze 30, może i chce mieć dzieci. Wówczas znajdzie sobie pana w wieku podobnym, może nieco starszego, nieraz też po przejściach. Scenariusz z wybuchem wulkanu namiętność ma szansę się powtórzyć, ale i z dojrzałą świadomością, że nawet najgorętszy wulkan się wypala. Może pojawić się kolejne dziecko, znów ślub, rodzina. Mają szansę na długie i szczęśliwe życie.

Gorzej dla osobników homo sapiens 40+. Niby chcą czuć motylki w brzuszku, nie dojadać, cierpieć z tęsknoty, kochać się pięć razy dziennie siedem dni w tygodniu, ale coś już zgrzyta. Bo obecne dzieci, często  nastolatki, absorbują, wkurzają, kosztują. Bo w pracy szef nakłada na głowę za dużo, a koleżanka to dołki kopie. Kasy od 1 kwietnia starcza do 5. Potem jedzie się na oparach absurdu. Organizm przestaje tęsknić za burzami, wulkanami.  Biologia też płata figle. Kiedyś to się myślało o seksie dwadzieścia razy dziennie, a teraz lepiej książkę poczytać. Słowo „starość” zaczyna migotać w oddali.

Dochodzimy do zaklętej i przeklętej kwadratury koła. Wchodzimy w związki z sympatii, z lęku przed samotnością, wybierając umiarkowanie pozytywne emocje, a jednocześnie marzymy: niech stanie się huragan. Nawet go wyglądamy, myszkując po facebooku, sympatii, badoo. Poznajemy kogoś, żegnamy obecnego partnera, zanim go na dobre poznaliśmy.

I jak tu żyć? Gdzie jest złoty środek.

A może pozostaje nam czekać na miłość jak z Mistrza i Małgorzaty?

poniedziałek, 3 kwietnia 2017

Połamane skrzydła

Życie jest wiecznie powtarzającym się pożegnaniem i jutro może być niepodobne do dzisiaj.

Włodek, ojciec Kasi rozstał się z nią, gdy chodziła do podstawówki. Zamiast zgłębiać tajniki fotosyntezy, marzyć o miłości jak Zbyszka do Danuśki, podziwiać dzielnych Polakach spod Grunwaldu, dziewczyna wojnę przeżyła w domu. Jej tata z napojów najbardziej preferował alkohol, w tym fioletowy sączony przez chleb baltonowski.
Zawodowo zajmował się rozbojami i włamaniami. Sami sobie winni frajerzy chodzili po ulicach z portfelami, a kioskarze słabo zabezpieczali swoje tekturowe budki z napisem Ruch. Zarobione pieniądze tata wydawał w monopolowych i na melinach. Tam kierując się pańskim gestem kupował wódkę Żytnią lub Bałtycką przygodnie poznanym paniom, a te płaciły mu za dobrą zabawę szeroko rozłożonymi nogami.

Wydawszy pensję, wracał do domu, kopał małżonkę Bożenę w brzuch, a jak zaczynała płakać, walił pięścią w twarz. Kasia niemo przyglądała się powrotom ojca. Pewnego majowego dnia, gdy na podwórku kwitły kasztany, w lasach odurzająco pachniały konwalie, mąż z fleka potraktował żonę w brzuch wiele razy, bo pochwaliła mu się radośnie ciążą. Od tamtej pory Bożena platonicznie kochała zaprzyjaźnionego weterynarza.
Kilka dni później kobieta poszła do ginekologa, po czym stan błogosławiony ją opuścił. Dziecko jest zwieńczeniem miłości, powiadają naiwni. Ale aborcja jeszcze bardziej.

Gdy Kasia miała siedemnaście lat, długie do pasa blond włosy z przedziałkiem na boku, tata tradycyjnie wrócił do domu po tygodniówce. Pomylił łóżka i jak mężczyzna przytulił się do córki. Nastolatka pobiegła do kuchni, chwyciła za nóż kuchenny Gerlach. Włodek się wystraszył, wytrzeźwiał i przeniósł się na swoje wyro. Lech Wałęsa był jeszcze prezydentem, kiedy Kasia straciła ojca i znienawidziła mężczyzn. Bo jak tu znienawidzić ojca? Przecież mama do dziś z nim mieszka i zapewnia, że w życiu by się nie rozwiodła.
Bożena dysonans poznawczy leczyła w psychiatryku. Kasia nic z tego nie rozumiała, ale przecież nerwice się zdarzają. Postanowiła nic nie czuć; nie mieć emocji, być robotem.

Nie trzeba zaraz być alkoholikiem, żeby zranić dziecko. Janek bardzo lubił szkicować, rysować, malować. Podmiejski pociąg jak z piosenki Andrzeja Zauchy rozwoził dni jego rodziców mieszkających na wsi pod Krasnymstawem: praca na etacie żniwa, wykopki. We wsi nawet bruku nie było, a gdzie tam mowa o ideałach. Tata, Bogdan, w tygodniu odwiedzał bar, niedaleko miejskiego dworca PKS, po czym zawiany zygzakiem wracał rowerem do domu.
W niedziele rodzice prowadzali nastoletniego Janka do kościoła. Chłopiec dziwił się, jak baranek może gładzić grzechy świata. Jego mama, Elżbieta, nie znała odpowiedzi na to pytanie, co zaskoczyło syna. W Boże Ciało rodzice ciągali go na procesje. Baby zawodziły, a na biało odstrojone dziewczynki sypały płatki róży na rozgrzany asfalt, co ponoć cieszyło bozię (mama "bozia" mówiła). Nie umiał zachwycać się na biało ubranymi dziewczynkami. Wolał szkicować koleżanki ze wsi bawiące się na huśtawkach zbitych z sosnowych żerdzi. Dziewczyny tak się bujały, że majtki im było widać. Czasem nawet zapominały gacie włożyć.

W pamięć najbardziej Jasiowi zapadło taty lusterko do golenia, które na rewersie miało piękny obraz: naga kobieta klęczy na łóżku, jej małe i sprężyste piersi nie opadają, ale sterczą gotowe do pieszczot. W upalny sierpniowy dzień już po żniwach chłopak wpatrywał się w grafikę purpurowiejąc na twarzy, targały nim emocje niedostępne przy lekturze "Kajka i Kokosza". Nawet nie zauważył wchodzącego do pokoju taty. Ojciec z miejsca oskarżył go o kradzież, zabrał lusterko i zlał syna sznurem od żelazka. Dwadzieścia lat później dorosły Jan odkrył, że obraz malował Henri de Toulouse-Lautrec.



Oprócz oglądania mało dewocyjnych dzieł sztuki, Jaś czytał wiersze Baudelaire'a. Tata Jasia parał się mniej dochodowym zajęciem niż ojciec Katarzyny. Od godziny 7 do 15 siedział na rozklekotanym fotelu w pokoju z tabliczką "dział techniczny" w spółdzielni mleczarskiej. Nie stać go było na panienki. Syna nazywał "dziwakiem". Mama utrzymywała przekaz w podobnym duchu, załamując ręce: - Synu, co z ciebie wyrośnie?!

Rodzice Kasi i Jasia psychicznie wyrzucili swoje dzieci z gniazd, zanim te nauczyły się latać

Katarzyna i Jan poznali się w biurowcu na warszawskim Mordorze, znaczy Służewcu. Zakochali w sobie. Ranili, poszukując akceptacji i nie tylko utraconej, ale nie otrzymanej w dzieciństwie miłości.

Ich miłość "zemsta" miała na drugie.


środa, 1 marca 2017

Coraz trudniej kochać

Zaparkowałaś swoje czarne kia picanto na Jagiellońskiej, obok teatru Baj. Na afiszu wiszą "Królowa śniegu" i "Przygody kota Filemona". Dawno nie byłem w teatrze, z dziećmi, pomyślałem. A jak mam iść, skoro trzeba by zaraz wydać ze 150 zł. Dobijające poczucie wykluczenia społecznego nakazało mi wypić dwa dębowe mocne, które przechyliłem siedząc na schodkach do jakiegoś zabitego szarymi deskami sklepu.




Popijając piwo w cieple późnowieczornego zimowego dnia, po raz drugi dopadła mnie bezsilność, tym razem wobec ciebie. Ileż to razy, chyba raz, próbowałem cię przekonać, że syndrom dorosłego dziecka alkoholika tkwi wyłącznie w twoich wyobrażeniach, pozostaje nierozwianą marą senną, ułudą, złudzeniem. Mądrala, a czym innym jest rzeczywistość jak nie bańką mydlaną, pokolorowaną naszymi wyobrażeniami, pomalowaną światłem? Każdy ma taki świat, jaki chce zobaczyć. Izka chce widzieć DDA.

Chodzisz na tę terapię, bo wykorzystujesz spotkania jako narzędzie do manipulowania innymi, żeby podziwiali (umówmy się, głównie faceci) twoje poczucie humoru, celne riposty, urodę. I współczuli dzieciństwa bez taty, który siedział w pudle. A jak akurat przebywał na wolności, to pił i utrzymywał rodzinę, okradając przechodniów. Frajerów.
Dałem werbalny wyraz swojej zdolności przejrzenia cię na wylot jakiś tydzień temu:
- Zazdrościsz - odparłaś z dumą.
- Czego? Że jesteś kurwiszonem? Tak, bo można zarobić i się ustawić.
Dokupione w pobliskich alkoholach dwadzieścia cztery trzecie piwo wylało się samo do gardła.
Wyszłaś. Miałaś na sobie czarne, płócienne spodnie, półdługą pikowaną, rozpiętą kurtkę. Pod nią na Twoich krągłych, jędrnych, odchodzących na boki piersiach ponętnie układała się biała bluzką z czarnymi guzikami.
- Ile mam na ciebie czekać - starałem się udać śmiertelne oburzenie.
- To dziw, że w ogóle jesteś, a nie dymasz te swoje kurwy.

Poszliśmy w kierunku Wileniaka na pocztę. W kolejce stało około dziewięćdziesięciu osób. Śmierdziało czynszówkami z kiblami na korytarzu, starymi butami z Carrefoura i tanim mydłem. Biedronkowe perfumy nie tylko nie niwelowały zapachu, ale ich alkohol łatwo ulatniał cały praski znój.

W "M jak miłość" Asia poprosiła Agnieszkę, by została świadkową na ślubie. Kręci mnie ta ruda, rozmarzyłem się.
- Seksu dziś nie będzie - oznajmiłaś tryumfalnie wychodząc z łazienki.
- I bardzo dobrze, bo pracuje przy komputerze dziś.
- Kto by chciał się dymać z takim staruchem jak ty – podniecała cię myśl, ze jestem chyba jednym facetem, który za tobą nie biega jak pies z językiem na wierzchu w gorący, sierpniowy dzień.

Otworzyłem Okocim Mocne. Coraz trudniej nie kochać.

Czułość, Olga Prokop-Miśniakiewicz, olej na płótnie, 140x100, 2014


Artyzm i zmysłowość w jednym


Kryje się coś niedobrego w mężczyznach, którzy unikają wina, gier, towarzystwa pięknych kobiet i ucztowania. Tacy ludzie albo są ciężko chorzy, albo w głębi duszy nienawidzą otoczenia. więcej
Michaił Bułhakow – Mistrz i Małgorzata

Wódko, pozwól żyć

Kiedyś w telewizji był program "Wódko, pozwól żyć". Przemycał fałszywe teorie, jakoby spożycie wódy degradowało fizycznie, społecznie i zawodowo. Podawał, że ludzie kończą na ulicy, przepiwszy uprzednio mieszkania, lądują w psychiatrykach, umierają zapici pod płotem, wegetują śmierdzący w kanałach. Te koślawe obrazy malują ośrodki odwykowe. Tymczasem słowa "wódko, pozwól żyć" należy rozumieć zupełnie inaczej. Przechylanie kolejnych kieliszków jest wsparciem, gdy żona zdradza, w pracy mało płacą lub akurat zwalniają, gdy brakuje na kredyt we frankach.

Ten punkt widzenia propaguje także Janusz Głowacki. Więcej, propagował to w czasach, gdy jeszcze mnie na świecie nie było. W felietonie "To mieszadło właśnie" (03.09.1972 r.) pisał:

Jakość naszych wódek sprawiła, iż mimo wysokich ceł, którymi wroga konkurencja usiłuje sparaliżować nasz eksport, wzrósł on w stosunku do okresu międzywojennego ponad stukrotnie. I dziś w 60 krajach świata Polmos pozwala ludziom zapomnieć o absurdalnej skończoności naszego życia. Oczywiście nie brak nigdy zgorzknialców, którzy teoriami o rzekomej szkodliwości alkoholu usiłują zwalać kłody pod nogi. (...) trzeba po prostu umieć pić, nie mieszać, nie bełtać, nie zakąszać trawą, po każdym litrze robić 15 minut przerwy, pamiętając, że mamy tylko jeden organizm.

Cytat pochodzi ze zbioru felietonów "W nocy gorzej widać", tytułowi zaprzeczyć się nie da.

poniedziałek, 27 lutego 2017

Kuba Wojewódzki w piaskownicy



Fiodor Dostojewski powiedział, że jeszcze nie widział moralisty, któremu by się źle powodziło. Stwierdzenie dotyczy też naszych moralistów od lewa do prawa, teraz Tomasza Lisa, który stanął w obronie dobrych obyczajów w piaskownicy.
W poniedziałek rano Kubuś Wojewódzki bawił się w piaskownicy. W jednej ręce trzymał tablet. Oglądał w TVN program Kuba Wojewódzki, który  puszczają między reklamami Playa, też z Wojewódzkim. W drugiej dzierżył smartfona, słuchał siebie z Eski Rock.
Aż podbiegł inny chłopczyk i oblał go substancją żrącą coca-colą, jak uważają kłamliwi złośliwcy. Nie mogła to być coca-cola, bo Kubuś prosto z piaskownicy do szpitala pojechał, gdzie go lekarze-cudotwórcy z ciężkich poparzeń tego samego dnia wyleczyli.

Swoje bohaterstwo Wojewódzki skomentował:
Okazuje się, że zostałem korespondentem z wojny domowej. Czasem warto dostać w mordę, zostać oblanym kwasem, aby przekonać się ilu dziennikarzy akceptuje przemoc. Jestem takim papierkiem lakmusowym.
Nie ma w tym ani krztyny narcyzmu czy egzaltacji. Wojewódzki doznał przemocy. Cichną przy tym strzały do górników Wujka, prostują się ścieżki zdrowia. Jeżdżenie czołgami po ludziach na Wybrzeżu bawi jak gra komputerowa. A dzisiejsze banalne niesprawiedliwości z "Ekspresu Reporterów" Michała Olszańskiego to użalanie się nad sobą.

Czy trzeba ludzi oblewać na ulicy coca-colą lub przynajmniej kwasem solnym? Co kto lubi i ma ochotę ponosić przyjemne konsekwencje jak grzywna, areszt lub daj Boże więzienie.

Wieść o tej haniebnej postawie najbardziej wstrząsnęła Piotrem Najsztubem:
Różne postawy promowane są bez pewnego rodzaju refleksji. Ja uważam, że wieloletnie promowanie tzw. Żołnierzy Wyklętych, (…) bezkrytyczne promowanie, bo to były skomplikowane ludzkie losy, a potem przedstawia się to młodym ludziom w prawicowych mediach jako wzory do naśladowania. To promowanie po iluś latach zaowocuje tym, że ktoś się poczuje Żołnierzem Wyklętym, w okupowanym kraju, zacznie wyimaginowanych okupantów zabijać, albo ich w jakiś sposób atakować.
Nawet będąc pod silnym środkiem płynów żrących mózg (zmieniających świadomość), lepiej bym tego nie wymyślił.

Bardzo wzruszył się Tomasz Lis, który w swoim blogu NaTemat wygłasza kazanie:
Już nawet nie z odrazą, już nawet nie z zażenowaniem i wstydem, ale po prostu ze smutkiem wczytywałem się w komentarze tzw. niepokornych do ataku na Kubę Wojewódzkiego.
Tzw. niepokorni protestują przeciw przemysłowi pogardy, promują wszelkie chrześcijańskie cnoty sami będąc ich wcieleniem, trudno się więc dziwić, że na atak na Wojewódzkiego zareagowali z empatią. Wobec sprawcy.
Wsłuchajmy się w te ich głosy pełne miłości bliźniego. Pan redaktor Warzecha - "jeśli ktoś sto razy prowokuje, to w końcu dostaje w gębę" (podkreślić to chrześcijańskie W GĘBĘ).

Łukasz Warzecha uznał Wojewódzkiego za prowokatora. Wojewódzki w TVN-ie mówi, co chce. Słyszy oklaski, entuzjazm widowni, piski aprobaty. W takt jego słów przytupuje długonoga Paulina. Pan od płynu żrącego nawet nie ma szans powiedzieć, że się z Wojewódzkim nie zgadza. Z wyżyn nieomylności przemawia tylko Wojewódzki. Rozmowy z widzami z nie prowadzi. Ktoś odpowiedział płynem.
A może szedł skacowany koleś i bryzgał tym, co tam mu jeszcze zostało w butelce. Wylało się na Kubusia. Zamach stanu.

sobota, 25 lutego 2017

Od 10 do 14 spędziłem z dziećmi część niedzieli na jeziorku, łasze w Józefowie. Graliliśmy w hokej, płonęło ognisko, piekły się kiełbaski, nawet zażyłem kąpieli w przeręblu. Nie przeziębiłem się, hurra. Przeżyłem. Potem, około godziny piętnastej, stałem z synami na stacji PKP Świder. Czekaliśmy na pociąg do Warszawy, Śnieg sypał gęsty. Korony otwockich sosen pokryły się pięknymi czapami. Na peronie na zamarzającym śniegu urządziliśmy sobie ślizgawkę. Megafon zapowiedział dziesięciuminutowe opóźnienie eskaemki. Byłem szczęśliwy. Tylko Ciebie, moja przyszła miłości, brakowało.


Taka sytuację miałem.
- Dlaczego nie chcesz się ze mną kochać - pyta ona po pierwszych pieszczotach, gdy wstaję z wersalki i nie kontynuuję zabawy.
- Bo masz mały tyłek, a ja lubię duże murzyńskie.
- Jesteś chamem.
- Kulturalnie byłoby, gdybym cię przeleciał, a następnego dnia cię nie znał?

piątek, 10 lutego 2017

Dobrze zjeść kebaba

- Masz gdzie pójść - zapytał facet w wieku pewnie lat czterdziestu, ale zbawienny wpływ alkoholu zmienił jego fizis w twarz pięćdziesięciolatka. Ubrany był modnie w długą, czarną, zimową kurtkę z kapturem obszytym sztucznym lisem, plastikowe buty z Auchan, które miałby udawać timberlandy albo ccc.
- Tak, uciekłam, bo bił mnie po brzuchu - powiedziała drobna kobieta w takim samym wieku co mężczyzna, nosiła proste blond włosy do połowy pleców w ostatnim tchnieniu koloru. W drobnym ciele krążył jeszcze alkohol, bo mówiła głośno, usilnie starając się nie bełkotać. Miała na sobie zieloną kurtkę w stylu "parka".




Surówki podane do kebaba pachniały jeszcze wtorkiem, ale czwartkowy głód pomalował je świeżością. Baraninę podano państwu świeżą, więc proszę nie robić awantury o wysuszoną zieleninę, bo policję wezwę. W tureckiej telewizji puszczali artystyczne, bardzo dobrze sfotografowane i zmontowane reklamy tych samych towarów co u nas. To już nawet Turcja wygrywa z nami w rankingu państw - pomyślałem. - Ale Waszczykowski im pokaże, gdzie San Escobar leży. Po reklamach pokazali zamek jak z Władcy Pierścieni, na jego wieży łopotała wielka turecka flaga. Do twierdzy zewsząd ciągnęli ludzie, tłumy ludzi, jak do wielkiego mrowiska, jak do Boga Ojca. A potem ukazał się Erdogan. Poczułem się w domu, a jednocześnie zaniepokojony, że Jacek Kurski jeszcze nie zlecił u nas takiej produkcji.

- Ile kosztuje ten talerz - zapytał facet Turka z obsługi.
- 16 zł.
- Kurwa, nie mam kasy. Inni mają, bo tych bachorów nie mają.
Kobieta wyjęła z kurtki banknot stuzłotowy i zaczęła obracać mu przed oczyma.
- Daj – wyciągnął tamten rękę.
- Nie.

Z łoskotem skręciła na rondzie szóstka w kierunku Pragi. Piecyk gazowy w barze kebab na Starzeniaku ogrzewał zmarznięte myśli. Wyjąłem Okocim Dubeltowe, zamek odskoczył sycząc. Nazwa nasuwa słuszne skojarzenia ze strzelbą, dzikim zachodem i traperami. Jestem łowcą skór bobrowych i taszczę je pięćdziesiąt kilometrów do fortu.

- Chodź, kurwa, pójdziemy do kumpla, można się przespać za flaszkę.
- Nie, to tylko problemy będą - pomyślała ona, że wszyscy zgromadzeni mężczyźni będą ją kochać lub tylko bić.
- To gdzie?
- Mam kasę, to się znajdzie.

Wyszli. Talerz opustoszał, w puszcze Dubeltowe do połowy niedopite. Stać mnie na drugie piwo, pomyślałem z wyższością osoby po studiach wyższych. I wiem, że Agata Duda uczy niemieckiego.



czwartek, 9 lutego 2017

Michalkiewicz integruje Europę

Spodnie doznały rozległych obrażeń na lewym udzie z powodu chwilowego parkinsona i wylania na nie kawy. Ta postanowiła się wychylić z kubka, ponieważ ubrałem się dziś w grubą, obszerną kurtę na mróz, w której wyglądam jak Sigma lub Pi. Poruszając się niezgułowato, trzymając plecak, książkę, tarabaniłem się do wyjścia z 708, że kubka w pionie nie utrzymałem. 




Poczułem się jak kosmita, którego ruchy nie przystają do ziemskiej grawitacji. Niech Bóg mi oszczędzi nieporadności wszelakiej, w tym Parkinsona. Ok, Boże? Czemu nic nie mówisz, ponoć nigdy mnie nie oszukujesz? To nie fair. Milczenie nie oznacza kłamstwa lub prawdy.

Dopiero lektura felietonu Stanisława Michalkiewicza ukoiła poczucie nieprzystawalności do rzeczywistości. Lubię czytać jego teksty, bo napisane są świetną polszczyzną i pod względem, że tak powiem, przesłania, wyłamują się z głównego nurtu: kochajmy się i bądźmy sobie braćmi. W ostatnim tekście publicysta  wziął na tapetę wizytę Angeli Merkel w Warszawie. Podobnie jak ja, zauważył, że jej najważniejszym rozmówcą był Jarosław Kaczyński.

Potem poświęcił kilkanaście zdań przyszłości Unii Europejskiej, która tkwi w rozkroku po przegłosowanym Brexicie. Ma do wyboru mocną integrację w kierunku jednego superpaństwa Europa, wspólnoty państw narodowych, Europy dwóch prędkości, czyli z grubsza państw założycieli Unii oraz reszty posłusznych Murzynów jak Polska, Rumunia, Bułgaria.

Gwarantem stabilności, rozwoju i pokoju na kontynencie byłoby wielkie państwo Europa, które stawiłoby czoła Stanom Zjednoczonym czy Chinom, a także zepchnęło na boczny tor Wielką Brytanię, która z jednej strony nie interesuje się kontynentem, a z drugiej robi wszystko, by osłabiać państwa przeciwko sobie.

Anglikom rozbiory Polski były na rękę, bo wzmacniały Prusy przeciwko Francji. W XIX wieku Anglia prowadziła wyrafinowaną dyplomację, głośno popierając na Kongresie Wiedeńskim dążenia Polski do niepodległości, ale ostatecznie bez krzty wstydu zaakceptowała końcowe ustalenia o wymazaniu Polski z mapy, uznając ją za karłowatą narośl na mapie Europy.
Podczas kolejnych powstań Anglia okazywała dyplomatyczną przychylność, ale po cichu wspierała zaborców.

Podczas Powstania Listopadowego polscy wysłannicy jeździli do Londynu po pomoc. Premier lord Grey współczuł, robił miny zbitego psa i deklarował pomoc. A jednocześnie apelował do Rosjan o "szybkie zgaszenie buntu". Podczas Powstania Styczniowego scenariusz się powtórzył.
Pierwsza wojna światowa zwróciła Polsce niepodległość, ale w granicach gorszych niż możliwe do uzyskania, za co podziękowania znów należą się angielskiemu premierowi Lloydowi George'owi, który prowadził jawnie antypolską działalność.
W latach trzydziestych dwudziestego wieku mieliśmy z Brytyjczykami pakt o wzajemnej pomocy, ale gdy Hitler napadł na Polskę, palcem nie kiwnęli. A jeszcze w czasie wojny polscy piloci bronili nieba nad Anglią.
Podczas wojny Anglicy o tyle wspierali Polskę, o ile było to zgodne z ich interesem. Ale tak naprawdę liczyli się z decyzjami Stalina, bo to jego armie wykrwawiały się w bojach z Niemcami. Polska przy okazji była uciążliwym elementem układanki.


Na wyjściu Wielkiej Brytanii z Unii, o ile ono w ogóle nastąpi, straci Wielka Brytania. I to ona będzie głównym poszkodowanym tej hucpy. Ale jako że zacznie szukać sojuszy gospodarczych poza Europą kontynentalną, to w polskim interesie jest dziś wspieranie Szkotów, Irlandczyków, a także Francuzów.

Niemcy, jak zwykle, świetnie dogadują się z Rosjanami, tworząc kolejny Nord Stream. Dlatego polską racją stanu numer dwa jest utrzymanie Unii Europejskiej kontynentalnej w jedności, co rozprasza narodowe interesy i nacjonalizmy.


wtorek, 7 lutego 2017

Romans wielkiego filozfofa Martina Heideggera z Hannah Arendt

Rok 1924, na niemieckim uniwersytecie w Marburgu, genialny filozof Martin Heidegger (żonaty ojciec dwóch synów) przyuważył początkującą młodą studentkę, osiemnastoletnią pannę Arendt, i wziął jej czarne płomienne oczy tudzież resztę skarbów do łóżka. Zachowała się jego korespondencja miłosna, fragmentami wysublimowana łacińsko ("Amo, volo ut usis" - "Kocham cię, pragnę byś była"), a czasami bardziej przyziemna literacko ("Może byś wpadła jutro za kwadrans dziewiąta. Naciśnij dzwonek, kiedy zgaśnie światło w moim pokoju"). (...) Duch chrześcijaństwa, tak silny filozoficznie w twórczości wielkiego goja lubiącego rozdziewiczać płonące chęcią żydowskie studentki, lewitował wokół ich związku, stąd doktorat dwudziestodwuletniej Hani nosi tytuł "O pojęciu miłości u świętego Augustyna" i jest cały hołdem dla kochanka, który imponował jej bardzo. Przestał jej bardzo imponować, kiedy został sympatykiem Hitlera i członkiem NSDAP (1933). Wyfrunęła wtedy za ocean, by zdobywać sławę na uczelniach chicagowskich i nowojorskich. Ale nigdy nie przestałą tkliwie myśleć o pierwszym kochanku.
Za: "Lider", Waldemar Łysiak

wtorek, 31 stycznia 2017

Tłumaczenie piosenki "Woman in Love" Barbra Streisand


Życie jest tylko chwilą w wieczności
A gdy noc się kończy
Staje się jeszcze bardziej samotne
Żegnam czule poranek
Tak naprawdę nie wiem
Dlaczego


Droga jest długa i wyboista
Gdy nasze oczy się spotkają
A uczucie jest gorące jak lawa
Odbijam się od ściany
Potykam się i upadam
Ale daję ci wszystko

Jestem zakochaną kobietą
Zrobiłabym wszystko
Żeby zabrać Cię do mojego świata
I Zatrzymać Cię w nim
To prawo, którego bronię
Tak jest, i już

Z Tobą na zawsze
Miłość nie liczy czasu
Zaplanowaliśmy to na początku
I pielęgnujemy w naszych sercach

Mogą nas dzielić oceany,
Ale czujesz moją miłość
Słyszę, co mówisz
Żadna prawda nie jest kłamstwem
Potykam się i upadam, ale daje ci wszystko

Jestem zakochaną kobietą
Zrobiłabym wszystko
Żeby zabrać Cię do mojego świata
I Zatrzymać Cię w nim
To prawo, którego bronię
Tak jest, i już

Jestem zakochaną kobietą
Mówię do Ciebie
Wiesz, ja wiem, co czujesz
Co kobieta może zrobić?
To prawo, którego bronię
Tak jest, i już

Jestem zakochaną kobietą
Zrobiłabym wszystko
Żeby zabrać Cię do mojego świata
I Zatrzymać Cię w nim
To prawo, którego bronię
Tak jest, i już

czwartek, 26 stycznia 2017

Chyba Bóg Cię opuścił

Zapytacie mnie, moje drogie, sympatyczne robaczki z prowincjonalnej galaktyki, zapytacie, dlaczego wam nie pomogę w waszej codziennej męczarni. Dlaczego nie uwalniam was od strachu, który sami codziennie sami wymyślacie, dlaczego nie prostuję waszych myśli, waszych aksjomatów i hipotez, które was spychają codziennie na manowce, dlaczego was nie obdarzam dobrym losem, i to takim losem, który by was wywyższał nad inne pierwotniaki. Modlicie się przecież każdego wieczoru do mnie zalewając się łzami i bijąc głową o kant łóżka.





Mógłbym was czarować, mógłbym wymyślać tysiąc logicznych i prawdopodobnych powodów. Lecz odpowiem szczerze: jestem tylko wielkim uchem do wysłuchiwania waszych skarg, jestem tylko kolosalną membraną wibrującą od waszych jęków, jestem tylko echem, co przenosi w wieczność wasz ludzki płacz. Może jedynie to stanowi istotę boskości.


Będę wam współczuł tak, jak współczułem wam zawsze od pierwszej chwili męki, rozpaczy, przerażenia, która sobie uświadomiliście czy to pływając jeszcze w wodzie, czy już pełzając po ziemi. Obiecuję więc współczucie, a współczucie jest jak łagodny szept niebios, jak pocałunek rozumnego przeznaczenia, jak ciepło cudzej obecności w mroźnych pustyniach wszechświata.


A może mnie utworzyły, niczym obłok pyłu kosmicznego, wasze marzenia, tortury, smutki, niedole. I dlatego nigdy nikogo nie będę kochał.


Tadeusz Konwicki, "Kronika wypadków miłosnych"

Stara baśń o kobietach

Stara baśń: jeden tokuje, trajluje, całuje rączki, funduje kolczyki i wuzetki, dżentelmena odwala pod delikatność, a drugi rypie z doskoku, partyzant-ogier, i już ci zdmuchnął twój towar. Bo dla kobity delikatność, grzeczność, nienachalność i kulturalność, to kupa słówek, on lubią mówić, że tylko to lubią, a jeszcze bardziej lubią, żebyś ty w to wierzył, i frajer w to wierzy. Ale życie to nie kino, tylko na filmach jest od cholery bab, które mają orgazmy z samych pocałunków, spojrzeń i uśmiechów. Te na widowni myślą lub nie myślą, bez znaczenia, bo równocześnie myślą ich tyłki, ich ciała, ich krew, i tego nie można oszukać, uciszyć, zamknąć - nie można wykiwać natury. Trafił się poeta, klawo, trochę bajeru robi nastrój, ale bez przesady, samo gadanie to ni pies, ni wydra. Jak się trynisz w majtki takiej delikatnej, toś łobuz, bo obrażasz jej cnotę, jej przyzwoitość i moralność, ale jak tego nie robisz, toś dureń, bo obrażasz jej kobiecość,  a tego ci ona nie wybaczy. Tym ćwierkaniem, tym kwiatkiem, tymi hamulcami, grzeszkami bez jaj, bez macanek, bez nachalstwa, wykopałeś sobie grób, Uwierzyłeś rytualnym piskom ("Jak możesz, ja nie jestem taka!"), i książkom oraz filmom, w których sukami są wyłącznie dziwki, a obok są jeszcze "przyzwoite kobiety:, i jedne od drugich tak sakramencko się różnią, jakby tylko te pierwsze stworzył chłop za pomocą kutasa, a te drugie Pan Bóg ze swojej gliny.

Źródło: "Dobry", Waldemar Łysiak, tom I, Wydawnictwo Andrzej Frukacz, Chicago-Warszawa 1996, str. 225-226

wtorek, 24 stycznia 2017

Kruczoczarna

Kasia, spełniło się moje marzenie z piosenki „Someone like you” Adele. Poznałem kogoś takiego jak ty. Kruczowłosą, zielonooką kobietę o wybujałej inteligencji ocierającej się o schizofrenię, radosnym wiosłowaniu przez życie, w którym żółto-czerwony autobus, choćby pełen śmierdzących zjełczałym ubraniem bezdomnych a ona jechała bez biletu, pachnie lasem otaczającym leśniczówkę Pranie. Nawet ubiera się kolorowo w stylu kakadu.  Ma śliczną blond córeczkę jak nasza Weronika. 




Zauroczyłem się jej pogodą ducha, literackim spojrzeniem na świat, które z codzienności każe zrobić opowieść o dziewczynce z zapałkami . Ty miałaś wielki tyłek i małe piersi, ona ma chyba ładne duże cycki i mały tyłek. Nie widziałem. Kiedyś wydawało mi się, że nie będę z kobietą, która pali. Kiedyś rękę dałbym sobie uciąć, że nigdy nie pokocham dziewczyny z domu,  w którym futryna wypadła, bo tata tobą rzucił w drzwi do pokoju. Kto by tam naprawiał tekturowe drzwi? Przecież jak leżałaś w psychiatryku, ojciec poszedł w tango.

Straciłem duszę dla laski bez ambicji, pogardzającej wykształconymi, bogatszymi. Zrozumiałem, że muszę zejść na twój poziom, choć słowo zejść sugeruje, że stałaś niżej ode mnie. Nie, zatem nie zejść. Że muszę dostosować się w całości do Ciebie, bo Ty nie nagniesz się ani na jotę. Zmieniłem swój charakter, co objawiło się po naszym rozstaniu. Pociągały mnie w tobie zepsucie, lubieżność, oparta o koślawą moralność, bo wymagałaś jej od innych, samemu nie dając. Byłaś moją ladacznicą i kurwą.

Nie wybielam się. Popełniłem wiele błędów, których dziś się wstydzę i cię przepraszam.  Sam byłem skurwysynem jakich mało, ale jednego nie da się ukryć: Przestawiłem swój świat dla Ciebie do góry nogami. Z bogacza stałem się adresatem pism komorników, gardziłaś ludźmi jeżdżącymi BMW, bo warci tyle co brud za paznokciem. Z biznesmena przeflancowałem się na zamiatacza ulic, bo tylko taka praca była dla Ciebie coś warta.  Huragan „Kasia” zrównał z ziemią dotychczasowy, porządek myśli, światopogląd, kolegów i pracę.

Przesuwałaś tę granicę. Sprawdzałaś, jak daleko mogę się nagiąć, może przestanę czytać, pisać, zrezygnuję z przyjaciół. Prawie ci się udało.  Zadawałaś mi ból dla zabawy, dla zabicia czasu. Drzemiąca w tobie głucha nienawiść podjudzała cię do wymyślania coraz to nowych tortur. Chciałaś się przekonać, ile zniesie dla ciebie ten zamożny kaleka, który nigdy nie zaznał, co to głód i chłód.
Byłaś miłością mojego życia, ideałem kobiety. Ledwie myśl o tobie w tramwaju numer 9 jadącym na Grochów sprawiała, że moja męskość budziła się do życia. Łapię się na tym, rzadko ale jednak, że niektóre rzeczy nadal robię, piszę, myśląc, bojąc się, jak Ty byś na to zareagowała. Twój bezwstyd, sprośny urok powodował, że z kobiety stawałaś się lubieżną samicą. Nienawidzę cię.

Nie pytaj się, jak można nienawidzić kobietę, a równocześnie jej pożądać. Nie wiem. Ale wiem jedno: nienawiść jest najsilniejszym środkiem podniecającym, a pożądanie kobiety w przystępie złości jest może najszaleńszą rozkoszą, jakiej człowiek może doznać. Tylko że taka miłość nie uśmierza pożądania, nie daje ani ulgi, ani spokoju, nic nie rozwiązuje i stopniowo doprowadza nas do szaleństwa. Ocaliłem zdrowie, wyrzuciłem cię.

Nasza historia się skończyła, ale bajka trwa nadal. Od chwili, gdy drzwi zatrzasnęły się za Tobą, błagałem o powrót. Pod dwóch latach zmęczyłem się sobą i zacząłem śnić o kimś takim jak ty, ale kto nie będzie Tobą. Kimś, kto nie zastąpi mi Ciebie, bo unieszczęśliwiłbym siebie dążąc do skopiowania tych dziesięciu lat, które się nie powtórzą. Nic dwa razy się nie zdarza. Ułudą byłoby marzenie o życiu na podłodze w przedpokoju, jak dwa lata mieszkaliśmy.

Poznałem kobietę taką jak Ty. Sensem miłości jest pisanie przez nią scenariusza, którego sobie nie wyobrażamy. Zatem ta kobieta na pewno nie jest taka jak Ty. Mam wielką potrzebę miłości, ale nie dopuszczam jej do siebie. Odpycham, zniechęcam, chowam się za maską wyszczerzonego klowna.
Nie wiem, czy mam siłę podnosić się po raz drugi. Nie chcę sprawdzać. Trwanie w przyjemnym cieple ma w sobie nerw żywcem wyjęty z „M jak miłość”, ale literatura zapewnia mi dopływ dopaminy. Nie chcę pozwolić, żeby po raz kolejny moje życie stało się tematem książki. Z słów splotę egzystencję. Nie w drugą stronę.

Poznałem kobietę taką jak Ty. Kruczowłosą, małą, ale pakowną. Idealną.  Mówi, że jej sutki ciągle sterczą. Ona też nie ma wody w mieszkaniu. Pamiętasz, przez rok kąpaliśmy się w misce wody podgrzewanej w czajniku na gazie.

Nie, nie, kurwa nie, będę kąpał się w wannie. Tęsknota za wiatrem czasem przebija przez miarowy szum wody z prysznicowej słuchawki. Leję więcej zimnej.








poniedziałek, 23 stycznia 2017

Janusz Głowacki, aktualizacja: 26.05.2017

26 maja 2017 r.
Program dramatu "Kopciuch" Janusza Głowackiego wystawianego na deskach Teatru Powszechnego w Warszawie w 1980 roku. Obsadę widać na jednym ze zdjęć. Dyrektorem teatru był wówczas Zygmunt Huebner, kierownikiem literackim - Roman Bratny.




Luty 2017 roku


Najbardziej z „Opowiadań wybranych” Janusza Głowackiego przekonuje mnie okładka, a jeśli już zagłębić się w treść, to „Polowanie na muchy”, „Kuszenie Czesława Pałka”, „My sweet Raskolnikow”. Reszta przeleciała przez mózg nie wywołując skutków ubocznych.
Czytaliście? Nie? To przeczytajcie i podzielcie się wrażeniami.

Grudzień 2016 roku
- Czego pan szuka w literaturze?
- Żeby ktoś zupełnie inaczej opowiedział o tym, co wszyscy wiedzą.

Gdy byłem po raz pierwszy w USA, na stypendium Departamentu Stanu w 1975 roku, to Waszyngton namawiał mnie na spotkanie z Kurtem Vonnegutem, Saulem Bellowem, Philipem Rothem, Normanem Mailerem, ale wtedy wolałem się spotykać z Murzynkami z ogromnym biustem. Moim Wergiliuszem był jeden dwumetrowy transwestyta. Gdy wyemigrowałem na chwilę przed stanem wojennym, to już się chciałem z pisarzami spotykać, ale oni mniej. Jak w końcu jakichś dopadłem, zaczynałem rozmowę od zachwytów na temat ich twórczości i wyglądu, a kiedy oni już się zaczynali ciepło uśmiechać, szybciutko podsuwałem wniosek do Immigration o przedłużenie wizy, prosząc o podpis i kilka życzliwych słów na mój temat.

Janusz Głowacki: "Raz mnie życie pierze, raz płucze, raz wiruje", wywiad Danuty Subbotko, 14 grudnia 2016 r., Wyborcza.pl


1 lipca 2014 roku

Używam odkurzacza Clatronic. Dobrze ciągnie, bo jak koty się walały, tak się walają pod szafkami. Ale odkurzyłem przy okazji "Alfabet Jerzego Urbana". O moim ulubionym prozaiku i felietoniście napisał:


Głowacki Janusz - I Playboy PRL
Towarzysz Żdanow ogłosił, że potrzeba nam Sałtykowów-Szczedrinów i Gogoli. W odpowiedzi na ten apel Janusz Głowacki szybko przyszedł na świat. Z wiekiem został pisarzem i rozchełstanym lwem salonowym. Obracał się  w światku warszawskich kawiarni lub knajp i kpił z niego uciesznie. Nosił paradoksalny przydomek: Głowa. Wyemigrował. W Polsce publikować zaczęto opinie, że zrobił światową karierę pisarską.

Urban pisał to piętnaście la temu. Niewiele się zmieniło. Głowacki przychodzi do telewizji,. Koszulę ma rozchełstaną. I mówi Lisowi, że wojna polsko-polska, czyli PiS kontra reszta świata nie może się skończyć, bo byłoby nudno. Tomasz Lis jest zachwycony tą ironiczną figurą stylistyczną., No, brawo.
Jak Głowacki akurat nie jest w telewizorze, to pisze scenariusze. Najpierw napisał scenariusz do wajdowskiego "Wałęsy", a potem książkę "Przyszłem", o tym, że scenariusz to Wałęsy to on pisał, ale Wajda wyciął co lepsze kawałki, wstawił pomnikowy polski heroizm. I to w sumie nie jego scenariusz. 
Kasa płynie z filmu i książki.

W Głowackiego zaparzył się nawet minister Sikorski, który przed kamerami nie może nachwalić się tradycyjnej przyjaźni polsko-amerykańskiej, a wieczorkiem przy kolacji nastrój mu siada i klnie, że to bullshit.








Cytaty:
Już kiedy miałem sześć lat, wiedziałem, że nie można mieć wszystkiego. W bramie mojego domu pracowała muskularna kobieta o pięknie owłosionych nogach. Twarz miała jasną, oczy łagodne. Poniedziałek był na podwórku niecierpliwie oczekiwanym dniem wypłaty tygodniówek dla dzieci. Z kilkoma kolegami i jedną koleżanką stawaliśmy przed koniecznością wyboru. Wspomniana kobieta, jeśli akurat nie miała powodzenia, zgadzała się, po przeliczeniu składkowych pieniędzy, podciągnąć spódnicę i odsłaniała porośnięte, bogatym rudym włosem podbrzusze. Trwało to tyle co przelot samolotu, potem czekał nas długi, smutny tydzień bez landrynek. Poznałem więc wcześnie smak wyrzeczeń, a następne lata doświadczenia te ugruntowały.
"My sweet Raskolnikow"

piątek, 20 stycznia 2017

Ogłoszenie matrymonialne

Rozstałem się trzy lata temu z kobietą. Popłakałem, rozpaczałem, wspominałem, aż mi przeszło. Dobrze by było poznać w końcu kobietę z otwarta głową o dużej pupie i małych piersiach. Nie. Odwrotnie. O dużych piersiach i dużej pupie.

czwartek, 19 stycznia 2017

Jesteś na Sympatia.pl? Koniecznie przeczytaj!

Kiedyś byłem aktywnym uczestnikiem portalu Sympatia.pl. Dość szybko z niego zniknąłem. Idę jednak o zakład, że nawet połowa uczestników tkwi tam latami - ciągle lub z kilkumiesięcznymi przerwami. Dlaczego tak się dzieje? Bo jest duży wybór. Bo tuż za następnym kliknięciem czai się atrakcyjniejsza kobieta, przystojniejszy mężczyzna.


No, dobra. Kobieta atrakcyjna, ale - mój boże - jaka drewniana w łóżku. Nie, no, facet przystojny, ale pogadać z nim nie ma o czym. I znów Sympatia. Oooo, całkiem miła babeczka, i jaki uśmiech. Ale czy musi mieszkać tak daleko? Godzinę trzeba do niej jechać. To następna. Klik, zaloguj się, następny facet. Całkiem sympatyczny, tylko po rozwodzie, i z dziećmi spędza czas. A gdzie czas dla mnie? No, to następny. Klik.
Bogactwo wyboru doprowadza do tego, że single tak mocno deklarujący chęć założenia rodziny, a choćby trwałego związku, pozostają sami lub w przelotnych znajomościach.
To też pewien rodzaj hazardu, a nawet uzależnienia. Niczym do kasyna wchodzimy po wygraną. Za każdym ruchem ruletki może czaić się wygrana: lepszy partner.
Na szczęście w poszukiwanie partnera nie angażujemy przeważnie wielkich pieniędzy, ale poświęcamy mnóstwo czasu oraz zdrowie psychiczne. Z wiekiem czas nabiera niemal namacalnego znaczenia i staramy się go nie tracić na bzdurne zajęcia. Gorzej z psychiką, bo mało kto z nas ma zdolność do wglądu w siebie i diagnozę: Nie unieszczęśliwia nas samotność, ale skakanie z kwiatka na kwiatek.


Moją obserwację potwierdza profesor Barry Schwartz z Swarthmore College w Pensylwanii ("Książę z bajki cię wykończy", "Gazeta Wyborcza", 13-14 czerwca 2015 r.): "Proszę zwrócić uwagę, jak portale randkowe zmieniły sposób poszukiwania życiowych partnerów. Nie tak dawno kogoś takiego szukało się na uczelni, we własnym środowisku, przez znajomych, w klubie sportowym. Dzisiaj możesz go znaleźć wszędzie. (...). Amerykańska dziennikarka Lori Gotlieb swego czasu napisała książkę "Wyjdź za niego za mąż" ("Marry Him"). Opisała tam swoje poszukiwania idealnego partnera. Dobijając czterdziestki, zdała sobie sprawę, że jest sama i jeśli chce mieć rodzinę, to jest to ostatni dzwonek. (...) Na koniec trafiła do doradcy matrymonialnego, który poprosił ją, by sporządziła listę pożądanych cech partnera. Zobaczywszy tę długą listę, roześmiał się i rzekł: "Załóżmy się, że na całym świecie jest pięciu mężczyzn, którzy spełniają pani kryteria. Załóżmy nawet, że uda się pani odnaleźć jednego z nich: jaką ma pani gwarancję, że on panią zachce?". Wtedy ją olśniło. Zrozumiała, że strategia szukania "ideału" w niczym jej nie pomoże i może pora zacząć rozglądać się za tym, co "wystarczająco dobre".

poniedziałek, 16 stycznia 2017

Tylko Ciebie brakowało...

Od 10 do 14 spędziłem z dziećmi część niedzieli na jeziorku, łasze w Józefowie. Graliśmy w hokej, płonęło ognisko, piekły się kiełbaski, nawet zażyłem kąpieli w przeręblu. Nie przeziębiłem się, hurra. Przeżyłem. Potem, około godziny piętnastej, stałem z synami na stacji PKP Świder. Czekaliśmy na pociąg do Warszawy, Śnieg sypał gęsty. Korony otwockich sosen pokryły się pięknymi czapami. Na peronie na zamarzającym śniegu urządziliśmy sobie ślizgawkę. Megafon zapowiedział dziesięciominutowe opóźnienie eskaemki. Byłem szczęśliwy. Tylko Ciebie, moja przyszła miłości, brakowało.

Andrzej Depko mnie załamał

Doktor Andrzej Depko mnie załamał. Całe życie w kłamstwie. Wierzyłem i nadal będę się łudził, że namiętność między mężczyzną i kobietą może trwać wiecznie. Tymczasem Andrzej Depko w wywiadzie dla "Wysokich Obcasów" z 17 września 2016 r. twierdzi tak:
- Ale natura namiętności jest taka, że ona prędzej czy później wygasa.
- Nie ma wyjątków - przypuszczalnie z nadzieją i rozpaczą w głosie zapytała dziennikarka.
- Nie ma - wbija gwóźdź do trumny Depko. - Taka jest w ogóle natura emocji.

Ale zanim boleśnie zderzysz się z rzeczywistością, twój mózg kąpie się w dopaminie. Odpowiada za przyspieszone bicie serca i szybszy oddech. Masz motywację do działania, ze można góry przenosić. Spada zapotrzebowanie na sen, jeść też nie trzeba.
Odczuwasz szczęście jak ukochana osoba jest blisko, rozpacz - gdy daleko.

Namiętność w końcu opada, ale osoby ze skłonnością do uzależnień zaczynają odczuwać znudzenie, gdy obiekt ich westchnień przestaje być ideałem. I siup w kolejną wielką miłość, a tamta okazuję się "rozczarowaniem". Za szaleństwo odpowiada dopamina, a szaleństwo musi być.
A jak jeszcze masz w mózgu za mało serotoniny, która spowalnia reakcje, to nie przewidujesz konsekwencji swoich zachowań, masz skłonność do zachowań impulsywnych, to już skaczesz z kwiatka na kwiatek.

piątek, 13 stycznia 2017

Uzależnienie od miłości

Bierne uzależnienie od miłości rodzi się z... braku miłości. Wewnętrzne uczucie pustki wypływa z doznanego w dzieciństwie braku miłości. Takie dzieci wchodzą w dorosłość pozbawione wewnętrznego poczucia bezpieczeństwa. Nie wierzą w to, że mogą być kochane. 

 


Zdaniem Morgana Pecka, psychiatry, autora książki "Bezlitosna łaska", uzależnienie od drugiej osoby, to niezdolność odczuwania siebie jako integralnej całości lub do właściwego funkcjonowania w warunkach braku pewności, że ktoś się nami zajmuje. Uzależnienie takie u fizycznie zdrowej osoby jest objawem choroby psychicznej lub wadą psychiki. Jest jedno ale:

Wszyscy mamy potrzebę poczucia zależności, choćbyśmy nie wiadomo jak udawali, że tak nie jest. Każdy pragnie być otaczany opieką przez osoby, którym nasze dobro leży na sercu. Każdy pragnie, by w tle jego życia znajdował się życzliwy cień matki lub ojca.

Ale jeśli to dążenie stanowi regułę życia, jeśli twoje życia podporządkowane jest potrzebie bycia zależnym, cierpisz na zaburzenia osobowości. Ludzie cierpiący na nie są tak zajęci szukaniem miłości, że nie wystarcza im sił na nią samą. Nie mając uczucia spełnienia, nie są w stanie doświadczyć pełni. Zawsze czują, że czegoś im brak. Źle znoszą samotność. Określają samych siebie tylko przez stosunki z innymi ludźmi.
A te są dramatyczne i pełne napięcia, ale powierzchowne. Na skutek silnego poczucia wewnętrznej pustki i pragnienia jej zapełnienia, biernie zależni ludzie, nie umieją znieść zwłoki w zaspokajaniu potrzeby posiadania kogoś obok siebie.

Osoby biernie zależnie nie zastanawiają się, co mogą zrobić dla innych, nie dostrzegają tego, co sami mogą zrobić dla siebie. Ludzie bierni zależnie czynią coś dla innych, by przywiązać ich do siebie. Takie osoby mają problem z wyprowadzeniem się od rodziców, znalezieniem pracy, porzuceniem zajęcia, które nie daje satysfakcji czy choćby hobby.

Bierne uzależnienie rodzi się z braku miłości. Wewnętrzne uczucie pustki wypływa z doznanego w dzieciństwie braku miłości. Takie dzieci wchodzą w dorosłość pozbawione wewnętrznego poczucia bezpieczeństwa. Nie wierzą w to, że mogą być kochane.

Opowiadanie erotyczne, cz. II

Źródło zdjęcia: http://www.vagabomb.com/Things-Everyone-Should-Know-about-Oral-Sex/

Klęknąłem przed tobą. Szeroko rozchyliłaś nogi, zginając je w kolanach i podnosząc do góry. Paznokcie u twoich nóg były pomalowane na czerwono-purpurowy kolor, co wprowadziło mnie w jeszcze większe podniecenie.  Purpurowy dzióbek mojego ptaka zaczął ociekać srebrzystymi, kleistymi kropelkami, bo przed oczyma stanął mi… obraz naszego seksu sprzed kilku tygodni. Obejmowałaś palcami u nóg mojego ogiera. Twoje paznokcie miały wówczas identyczny kolor. Nie. Zaraz, Chwilka.  Są różnice. Wtedy kochaliśmy się na podłodze w przedpokoju, a nie zamieciony piach właził i drapał w ciała, co zaczęło nam przeszkadzać dopiero podczas ubierania się w ciuchy, które wcześniej rozrzuciliśmy w nieładzie.

Teraz też spodnie, majtki, koszulki i stanik walały się tam i ówdzie po pokoju. Rękoma przesunęłaś do tyłu klawiaturę i monitor, daleko opierając się dłońmi o biurko. Moim oczom, zmysłowi węchu ukazała się twoja muszelka. Pachniała jak soczysta, czerwono-różowa malina na kremowym torcie.  Gdy zbliżyłem do niej usta, zdało się, że w tej małej różowej muszelce, skupiają się wszelkie lecznicze substancje świata.
Niepotrzebne stały się Krynica, Kudowa, Nałęczów ze swoimi wodami. Niech się schowają. Zapach twojej różowości leczy wszelkie dolegliwości. Odkryto nową metodę leczenia: kuracja cipą. Przy niej apap, polopiryna, a nawet trawka do palenia są pustymi, beznadziejnymi placebo.

W dole na przystanku zaskrzypiały hamulce 117 lub 138. Ludzie wysiedli, wsiedli. Nieświadomi, że piętro wyżej dokonuje się najpiękniejszy akt życia.  Pod stopami ludzi skrzypiał zamarznięty śnieg, a nam w ciepłym mieszkanku w domach o bardzo grubych murach było gorąco. Ciała oświetlały żarówka z kuchni, blask monitora, lampek choinkowych i telewizora.

Delikatnie musnąłem ustami rozpaloną muszelkę. Jej zapach i ciepło podziałały na mnie narkotycznie, odpłynąłem  w nieświadomość. Dotknąłem językiem łechtaczki. Twoja uda drżały. Muszelka,  źródło wód leczniczych, zaczęła ociekać.
Siedziałaś na biurku, klęczałem przed Tobą jak przed bóstwem –Izis, Kleopatrą, Nemezis. Drewniana podłoga w starej przedwojennej willi przerobionej na mieszkania skrzypiała pod nogami pani  Krystyny, bezzębnej sąsiadki z mieszkania obok. Na gazie na starej kuchence Amica gotował się rosół, a obok z kominka aromaterapeutycznego - jak przez mgłę zmysłów, erotycznego napięcia, gorących ciał - docierał aromat olejku sonowo-świerkowego.
Oprócz suczki Nuki towarzyszyła nam Lady Gaga i jej "Bad Romance":
Pragnę Twej brzydoty
Pragnę Twej choroby
Pragnę wszystkiego co Twoje
Póki jest za darmo
Pragnę Twej miłości
Miłości, miłości, miłości
Pragnę Twej miłości

- Wyliż mi porządnie moją rozklapciochę, a nie pieścisz się i pieścisz - wyrwałaś mnie z letargu. Mój język pracował jak oszalały. Twarz miałem całą mokrą od Ciebie.  Łechtaczka dawno przeistoczyła się z małej zasuszonej wisienki w pełny  soku, krwistości dorodny  owoc. Jakby Chrystus nowych cudów dokonywał.
Palcami pieściłem, ściskałem, pociągałem sutki twoich małych, twardych, jędrnych piersi.
Poczułem, że język zaczyna mi się odrywać od podniebienia i całkiem opadł z sił wiercących i polerujących. :
- Zerżnę cię teraz jak moją prywatną kurwę.
Wstałem i powoli wsadziłem wielkiego ptaka we wnętrze soczystej muszli. Aż po same jądra.
- Rżnij mnie - kochanie, zaskowyczałaś z bólu i rozkoszy.
Wchodziłem w Ciebie najpierw powoli, jak żółw ociężale. Potem coraz szybciej. Nasze ciała stukały o siebie jak dwa auta jadące obok siebie. Iskry namiętności rozpryskiwały się po całym domu
Wpiłem się w Twoje usta. Szarpnąłem za włosy:
- Dobrze ci, suko?
- Rżnij mnie, nie gadasz tylko i gadasz.

Napięcie wzrosło do takich rozmiarów, że jakby chodziło o prąd w domu, dawno wysadziłoby bezpieczniki. Wysadziło. Mój ptak zamienił się w wielkiego purpurowo-czerwonego indora z wielkim nabrzmiałym łbem.  Wielka lawa miłości i namiętności zalała Twoją szyję, piersi, brzuch:
- Ile Ty tego lejesz - powiedziałaś jakby z wyrzutem.
Na kuchence zaczął kipieć rosół. Na klatce szczekała suczka pani profesor. Nasza witała się z nią, ujadając z rozpaczą w głosie:  Zabierzcie mnie stąd, muszę patrzeć na te ludzkie bezeceństwa.
W telewizji Tomasz Kot powiedział, że jest w T-mobile. Współczułem mu w tej chwili. Szybko włożyłaś majtki, bo przecież naszą córeczkę tylko na chwilę zostawiliśmy u pani profesor, bo niby pilnie musieliśmy gdzieś wyjść. Wyskoczyć na chwileczkę zapomnienia.















Opowiadanie erotyczne, cz. I

Stałem za tobą przy stole w dużym pokoju. Okna naszego starego mieszkania wychodziły na północ, więc w to grudniowe popołudnie było już ciemno, tylko światło monitora rozświetlało mrok. Od ściany do ściany bez celu odbijała się nasza suka Nuka, która nie mogła miejsca sobie znaleźć, jakby wstydziła się widoku kochających się ludzi lub im bezgłośnie zazdrościła: - Oni mogą, a ja nie.
W rosnącym pożądaniu nie zasłoniliśmy okien. Z komputerowych głośników dobiegał głos Sylwii Grzeszczak:


Bo jeśli miałeś w sobie moc
Niejeden most budować nad rozstaniem
Zachowaj nas i wymień tło
Powtórzmy to jak pierwsze spotykanie
Wciąż aktualne zaproszenie

Zdjąłem z ciebie sweterek i stanik. Całowałem powoli kark, plecy. Wiesz, jak uwielbiam twoje plecy. Brałem w palce twoje sutki i delikatnie je pociągałem. W moim rozporku rósł stalowy, wielki olbrzym. Pamiętam jak dziś, że tak go nazwałaś.
Nie wiem jak, koszula z Wólczanki i krawat z Marywilskiej 44 spadły na podłogę. Na ulicy pod blokiem na przystanku zatrzymał się autobus 117. Ktoś wysiadł, ktoś wsiadł. Czy ktoś pomyślał, co dzieje się piętro wyżej?
Piętro wyżej my zdjęliśmy w pośpiechu spodnie, rzucając je w nieładzie.
- Jakiego masz wielkiego... na mojej dupie - szepnęłaś.
- Jaką masz mokrą. Kochanie, ociekasz po udach - mówiąc to, mój stał się jeszcze grubszy.

Na autoodtwarzaniu Sylwia Grzeszak śpiewała:
Zrób co się da, co tylko się da,
Niech nasza bajka trwa,
Chcę jak księżniczka z księciem mknąć po niebie.
Przez siedem mórz, gór, ulic i rzek,
Gdy inni mówią" nie",
Będziemy biec do siebie.

Odwróciłem cię do siebie i mocno wpiłem w Twoje usta. Całowałem metodycznie, jakbym grał w szachy i długo się namyślał, kark, ramiona, dekolt. Lubieżnie oblizywałem Twoje brodawki, podgryzałem sutki:
- Zer.... mnie w końcu - błagałaś.
- Kochana, nie tak szybko. To uczta, nie fast food.

Kleknąłem przed tobą. Szeroko rozchyliłem twoje nogi. podnosząc je do góry. Rękoma przesunęłaś do tyłu klawiaturę i monitor, daleko opierając się o biurko.

Zbliżyłem usta...

poniedziałek, 9 stycznia 2017

Dom pachnący wspomnieniami

- No i tak się zdarzyło, że zakochałem się w niej dokładnie wtedy, gdy ona odkochała się we mnie. Niezła ironia losu, co nie? Jakub Żulczyk

W pierwszych dniach sierpnia na balkonie pachniały dojrzewające w trzypiętrowej doniczce na zioła bazylia, mięta, tymianek. Olejki roślinne dostawały się do mieszkania wraz z pierwszymi osami, wyraźnie jeszcze zagubionymi i zaskoczonymi, że muszą szukać cukru dla młodych owadów. Skutecznie odstraszałaś natrętne osy dymem papierosowym z pall malli mentolowych. Poranny wiatr tworzył gęsią skórkę na szczupłych i umięśnionych udach twoich nóg. Wyszłaś na balkon w samym białym, za długim podkoszulku i białych majtkach w kwiatki.
Na dwójce, w sobotę rano, zaczynała się "M jak miłość".
Wyrzuciłaś peta przez balkon:
- Znowu zaśmiecasz podwórko, tyle razy cię prosiłem.
- Ale ty mędzisz - obruszyłaś się na niby.



Kołdra leżała na podłodze, prześcieradło za sprawą nowych praw fizyki mocami trzymało się tapczanu. Zdjęłaś majtki i koszulkę, Wróciłaś do łóżka, ni to prosząc, ni to rozkazując lubieżnie:
- Przelecisz mnie jeszcze raz, Rafuś.

Pomyślałem wówczas, że wszystkie kobiety pokazując się nago mężczyźnie mają ten sam wyuzdany wyraz twarzy i święcące erotyzmem oczy.  Taką rodzinę to ja bardzo proszę.

Łózko od dawna nie pachnie Tobą. "M jak miłość" stała się serialem, odtruwaczem po męcząco intelektualnie dniu, nie filmem oglądanym z tobą. Próbuję ochronić resztkę wspomnień o tobie, ale przestaję chcieć.  Pragnąłem wbrew zdrowiu i karmiąc depresję ocalić sens tych dziesięciu lat, ale się zmęczyłem.  Zostały zdjęcia. Niewiele, więc boli.

Myśli ożywiają przedmioty. Bez nich meble, balkon, łóżko stają się martwe. Czekają na nową opowieść. A jeśli opowiedziano już wszystko?